Ciąg dalszy rumuńskiej wyprawy czyli Dziadek/Wywrotowiec robi akcję w mołdawskiej winiarni.

20130605-20130605_091149

Granicę z Mołdawią przekroczyliśmy w miarę szybko. Pilotka uprzedzała nas, że może być różnie. Możemy stać kilka godzin albo kilkanaście minut. Udało się – nikt się do niczego nie przyczepił i przejechaliśmy granicę praktycznie w tempie ekspresowym. Do stolicy Mołdawii czyli Kiszyniowa dotarliśmy późnym wieczorem. Spaliśmy w hotelu naprawdę całkiem całkiem tylko jak zwykle gdzieś na obrzeżach miasta. W sumie i tak to było bez znaczenia bo marzyliśmy tylko o tym żeby pójść spać.

Rano zjedliśmy szybko śniadanie i dowiedzieliśmy się, że w Kiszyniowie nie ma co zwiedzać, więc wypuszczą nas z autobusu na głównej ulicy i mamy sobie przez godzinę połazić.

20130605-20130605_093410z

Nie ma nic do zobaczenia…..co za bzdura! Kiszyniów może i nie ma tylu atrakcji co Rzym, ale nie można powiedzieć, że nie ma niczego do zaoferowania. Nawet tej głównej ulicy nie obejdzie się w godzinę. Skończyło się na szybkim biegu i zrobieniu kilku zdjęć budynków, a potem zakupie magnesów.

20130605-20130605_094038e20130605-20130605_094236d

W Mołdawii widać, że jest to państwo zapomniane przez turystów. W stolicy praktycznie nie było widać turystów. Mimo to, zauważyliśmy ogromny wybór magnesów i….wcale nie takie małe ceny.20130605-20130605_094310s20130605-20130605_094821d

Chodząc po tej jednej ulicy Kiszyniowa miałam wrażenie cofnięcia się w czasie. Dziurawe chodniki i ulice, uliczne bazary, mało reklam ale za to oczobijący McDonald’s i  masa kasyn. Tylu kasyn to ja na oczy nie widziałam.20130605-20130605_09521320130605-20130605_095254

Oczywiście nie obyło się bez zrobienia polskiej wiochy. Punkt zborny pilotka wyznaczyła nam przy Łuku Triumfalnym w którym zawieszona jest flaga Mołdawii. Ludzie z mojej wycieczki – starsi ludzie, zaczęli się wieszać na linie na której zaczepiona była flaga – trzeba sobie przecież pyknąć fotę. Tak się wieszali, że aż urwali zaczep. Minuta pięć i nikogo nie było w okolicy (co złego to nie my).20130605-20130605_09593920130605-img_1295

Na „zwiedzanie” Kiszyniowa mieliśmy godzinę ponieważ….mieliśmy umówioną wizytę w winiarni. 20130605-20130605_115659

Do winiarni nie mogliśmy się spóźnić ani minuty – taki rygor tam był. Powiem Wam, że ta winiarnia to był niezły hardcore. A oglądaliśmy winiarnię Cricova z której wina można też kupić w Polsce i są naprawdę dobre. Udało nam się dojechać na miejsce ale już w czasie jazdy pojawił się pierwszy zgrzyt. Nasz najstarszy dziadek oświadczył, że zapomniał w hotelu kurtki. Pilotka powiedziała, że nie ma szans żebyśmy się w korkach cofali przez całe miasto do hotelu, ponieważ mamy jeszcze tego dnia w planie dwie atrakcje. Czekało nas również przekroczenie granicy z Ukrainą na której nie wiadomo ile będziemy stali, a następnie podróż do Odessy. No i koniec dyskusji. Pod winiarnią zapakowali nas do małych busików i wywieźli pod ziemię. Jechaliśmy naprawdę długo i ciągle gdzieś skręcaliśmy – normalnie podziemne miasto. Na miejscu przywitała nas przewodniczka/gestapowiec. Na dzień dobry poinformowała nas, że nie mamy się odłączać od grupy i nie możemy robić zdjęć linii produkcyjnej. Generalnie możemy robić zdjęcia jak nam pozwoli. W czasie kiedy to mówiła połowa grupy już się odłączyła i pomaszerowała do sali do której mieliśmy za chwilę wejść i już zaczęła rąbać foty. Przewodniczka powiedziała tylko słowo do naszej pilotki, która wydarła się, że jak się dziadki nie uspokoją to wylecimy z tej winiarni na zbity pysk.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od oglądania zakazanej linii produkcyjnej, potem posłuchaliśmy o historii winiarni i o tym jakie wina i w jaki sposób tutaj się produkuje. Nic specjalnego. Wychodzą z pomieszczenia kilka osób zaczęło po cichu robić zdjęcia, a najlepszy był jeden dziadek, którego zdążyliśmy już ochrzcić Dziadek-Wywrotowiec. To był człowiek legenda tej wycieczki. Było go wszędzie pełno. Pchał się zawsze po klucze, po schodach, do windy. Przejechał mi raz walizką po gołej stopie nawet tego nie zauważając. Człowiek koszmarek. No i w winiarni też miał swoje 5 minut. Stanął centralnie przed paniami przy linii produkcyjnej i strzelił zdjęcie z solidnym fleszem. Na szczęście przewodniczka wyszła już z pomieszczenia bo na pewno nie uszłoby to nam płazem. My z Panem B. byliśmy totalnie zaskoczeni – co tu po pierwsze fotografować a po drugie jak jest zakaz to nie robi się tych głupich zdjęć i koniec, ale co tu mówić o winiarni jak w Kaplicy Sykstyńskiej rąbią foty.20130605-img_13132

Wizyta w winiarni polegała głównie na chodzeniu korytarzami i oglądaniu zakurzonych flaszek.No i wysłuchiwaniu co to za sławne osoby mają tutaj swoje półeczki z winami. Wszędzie dookoła było pełno pilnujących osób, które chodziły za nami krok w krok. Z drugiej strony, nie wiadomo co komu strzeli do głowy i ukradnie flaszkę.20130605-img_13332 e-_blog_152

Na koniec zaprowadzili nas do sali bankietowej w której mieliśmy mieć degustację. Dostaliśmy cztery kieliszki wina, plus butelkę wody i herbatniki. Wszyscy wiemy jak się degustuje wino – woda jest po to żeby przepłukać kubki smakowe. Tutaj Pani nie skończyła omawiać bukietu pierwszego wina, a już większość osób miała wypite wszystkie cztery, a herbatniki w serwetce schowane do kieszeni – bo będzie na drogę. Wody nawet nie ruszyli….

20130605-20130605_122057 20130605-img_13502

Po wyjściu z winiarni zaprowadzili nas oczywiście do firmowego sklepiku w którym mogliśmy zrobić zakupy. Faktycznie ceny były bardzo korzystne. Tak dobre, że niektórzy kupili po kilka kartonów. Zastanawialiśmy się potem jak oni to przewiozą przez granicę z czepialską skądinąd Ukrainą. My to tak skromniutko – kilka butelek. W sklepie oczywiście znowu zrobił zadymę Dziadek-Wywrotowiec, który wparował do sklepu i zaczął się pchać bez kolejki bo ktoś puścił plotkę, że zaraz zabraknie wina. No masakra – co za ludzie! Dla mnie ta winiarnia to był zbędny punkt programu wycieczki i po wyjściu byłam zła, że praktycznie nie widziałam Kiszyniowa, ale za to widziałam flaszki z winem dla Putina. Z drugiej strony wiem jak wygląda taka winiarnia i więcej nie dam się namówić na zwiedzanie żadnej winiarni.20130605-20130605_124926

Z winiarni Cricova mieliśmy jechać w kierunku granicy ale okazało się, że dziadek, który zapomniał kurtki powiedział pilotce, że oprócz kurtki zapomniał również urządzonka dzięki któremu można słyszeć co mówi przewodnik. Takie urządzenie kosztuje sporo kasy (oprócz tego, że każdy musi zabulić za wypożyczenie) i pilotka miałaby potem sporo pracy z opisywanie komu, gdzie i dlaczego zginęło. Tak więc zadecydowano, że wracamy przez zakorkowany Kiszyniów do hotelu. Wiecie co się okazało? Dziadek nie zapomniał tour guide – miał je cały czas przy sobie. Prawdopodobnie skłamał żeby odzyskać kurtkę. Miny pilotki na wieść, że urządzenie było cały czas przy dziadku – bezcenna.

No tak tylko, że my przez akcję dziadka mieliśmy mniej czasu na zwiedzanie kolejnego miejsca czyli Orheiul Vechi. 20130605-20130605_145008

Miejsce niesamowite, zatykające dech w piersiach. 20130605-img_13592

Tam mieliśmy zobaczyć pustelnię i klasztor. Niestety do klasztoru nawet nie podeszliśmy, a pustelnię z pustelnikiem to tak też w biegu. 20130605-20130605_1501252 20130605-20130605_150041 20130605-20130605_150010

Tutaj dołączyła do nas mołdawska przewodniczka. Widzicie jaką drogą szliśmy?20130605-20130605_144948

To teraz popatrzcie jak ubrała się przewodniczka. Zastanawiam się czy to też nie przez nią nie poszliśmy dalej do klasztoru. Przecież ona w tych szpilach ledwo szła po tych skałach. Ta przewodniczka to generalnie była jakaś pomyłka. Kobieta nie posługiwała się językiem polskim i wszystko nam opowiadała nasza pilotka. Gwiazda z Mołdawii za to pojechała z nami do gospodarstwa i najadła się na nasz koszt. Nie opowiadając praktycznie nic. Po prostu tam była, bo każda wycieczka musi mieć miejscowego przewodnika (potem w Jordanii też się spotkaliśmy z takim przewodnikiem figurantem), który albo się stara albo ma wszystko w czterech literach.

20130605-20130605_145731-copy

Na zorganizowanych wycieczkach zazwyczaj jest tak, że można sobie wykupić dodatkowe wieczorki regionalne. Na tej wycieczce była taka impreza w Rumunii i na Ukrainie. W Mołdawii mieliśmy tylko jeden nocleg, więc biuro wrzuciło to nam jako obowiązkowy punkt nie pytając czy jest się zainteresowanym czy nie. W ten sposób wylądowaliśmy w małej wiosce (nie powiem, ciekawej – takich już chyba w Polsce nie ma) gdzie w jednym z domów prowadzona jest agroturystyka. 220130605-img_1360

W ten sposób udało nam się spróbować coś mołdawskiego. Nie napisałam posta o kuchni mołdawskiej ponieważ tak naprawdę jej nie znam. Nie potrafię opisać smaków mołdawskich po jednym posiłku, który prawdopodobnie był robiony pod turystów. Jedzenie było podobne do tego co jedliśmy w Rumunii (mamałyga) ale…..mocno okraszone keczupem. Keczup był na wszystkim i skutecznie zabijał smak. Jestem ciekawa ile ta impreza nas kosztowała. Do tego wszystkiego znowu była akcja z alkoholem. Na stole postawili nam karafki z jakąś przepalanką i winem domowym. Niestety zanim my usiedliśmy do stołu (siadaliśmy na samym końcu) to wina już nie było….20130605-20130605_154313-copy

Po zjedzeniu zaprezentowano nam pamiątki i inne wyroby miejscowe po „okazjonalnych” cenach, a potem program rozrywkowy. Grupa młodych dziewczyn najpierw zaśpiewała kilka pieśni, a potem zaczęła prosić do tańca wycieczkowiczów. 20130605-img_1368

To był nasz ostatni punkt wyprawy mołdawskiej. Wyruszyliśmy już mocno spóźnieni do granicy z Ukrainą. Niestety do Odessy jechaliśmy naokoło. Gdybyśmy pojechali przez Naddniestrze moglibyśmy mieć problemy z przekroczeniem granicy polsko-ukraińskiej, ponieważ nie mielibyśmy pieczątki wyjazdowej z Mołdawii. Naddniestrze nie jest uznawane przez Mołdawię i Mołdawia nie posiada przy „granicy” z Naddniestrzem punktu kontroli granicznej – strasznie to skomplikowane, ale przez to musieliśmy jechać dookoła, a do tego akcja z kurtką dziadka, rozgrzebane drogi i trochę czekania na granicy z Ukrainą sprawiło, że do Odessy dojechaliśmy o 2 nad ranem. A w Odessie to się dopiero działo…. Ale to już w następnym poście.

Do Mołdawii na pewno jeszcze wrócimy, gdyż wbrew opiniom jest tam jeszcze kilka atrakcji.

20150822-img_1060 20160202-img_0210,

A za jakiś czas zapraszam na fotograficzny spacer po tej okrojonej przez Rainbow Tours wycieczce. Nie reklamuję  tego biura – za jakiś czas Wam napiszę o polityce tego biura – jak wykorzystuje przewodników, pilotów i samych wycieczkowiczów.

3 thoughts on “Ciąg dalszy rumuńskiej wyprawy czyli Dziadek/Wywrotowiec robi akcję w mołdawskiej winiarni.

  1. Nieźle się uśmiałam. Dziadek wywrotowiec i dziadek kurtka robiący wiochę 😀 Wycieczki zorganizowane mają to do siebie że pełno na nich takich dziadków i babć. Niby wydaje się nudniejsza niż globtroting z plecakiem i radź se sam. Ale też dużo zdarzyć się morze. Mołdawia to faktycznie mało znany kraj. Czy cokolwiek wiedziałam o jego atrakcjach? Na pewno to, że w tym regionie Europy są świetne wina i masa winiarni. Cóż jeszcze dodać? Fajnie Ci w zielonym.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Przeczytałam z zainteresowaniem, jako że nigdy nie byłam w Mołdawii. Z ciekawości – dlaczego zdecydowaliście się na wycieczkę zorganizowaną, a nie np. wypożyczenie auta i zwiedzanie na wlasną rękę?

    Polubienie

    1. Dobre pytanie 🙂 Wycieczkę wykupiłam zanim jeszcze się poznaliśmy więc Pan B. dołączył się do mnie. Po czwartej (byliśmy łącznie na czterech) powiedzieliśmy dość i nigdy więcej. Teraz już tylko jeździmy na własną rękę.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s