Ciąg dalszy wyprawy czyli jak ukraiński przewodnik może wciskać kity.

Tak jak Wam wcześniej opowiadałam – tutaj  do Odessy dotarliśmy późno w nocy. Zanim jeszcze dotarliśmy zafundowano nam toaletę w polu czy co to było. Zafundowano ponieważ było tam tak ciemno i nie wiadomo było gdzie człowiek może nogą wleźć, a do tego wszyscy byli nieludzko zmęczeni i marzyli tylko o tym żeby zrobić siku i jechać dalej. Nie patrząc na siebie, czy jest się facetem czy kobietą każdy znalazł sobie jakieś miejsce i załatwił swoje sprawy. Było tak ciemno, że i tak nikt nic nie widział. W Odessie spaliśmy w bardzo przyzwoitym hotelu – aczkolwiek nasi sąsiedzi z autobusu twierdzili, że u nich biegały karaluchy. Mnie się urwał film jak tylko dotknęłam poduszki, a że do domu nic nie przywiozłam, więc albo to nie były karaluchy, albo ich nie  było w naszym pokoju.

W Odessie poprzedniego dnia szalał jakiś tajfun i przywitało nas całe mnóstwo połamanych drzew – a w Odessie tej zieleni jest naprawdę sporo. Tym razem postanowiliśmy odłączyć się od wycieczki i Odessę zobaczyć na własną rękę. Niestety trochę się źle zgadaliśmy z naszą pilotką, ale o tym później.

Odessa jest naprawdę przepiękna. Fakt, że miejscami zaniedbana i zniszczona, ale ma tak niesamowity klimat, że aż zapiera człowieka z zachwytu. Do tego na ulicach niezła mieszanka wśród ludzi. Cały czas mi  tylko głowa chodziła dookoła bo tyle pięknych i niesamowitych twarzy widziałam. Niestety było też mnóstwo bezpańskich zwierząt.

A na słynnych Schodach Potiomkinowskich ptaki z podciętymi skrzydłami (czy co tam mają zrobione, że nie mogą odlecieć) wykorzystywane do zdjęć. To będzie przez kolejne, odwiedzane miasta mój obraz Ukrainy – szczególnie bolesny przy pięknych, drapieżnych ptakach. Właściciele ptactwa potrafią je natrętnie wciskać turystom na ręce i wymuszać zakup zdjęć. Nienawidzę tego!

Same schody są niesamowite – szkoda tylko, że widok psuje wielka plomba.

Odessa mnie oczarowała swoja piękną, dziewiętnastowieczną zabudową i tym, że wszędzie jest pełno drzew.

Oczywiście co krok napotykaliśmy kramiki z pamiątkami wśród których królowały marynarskie koszulki w paseczki i masa magnesów.

Widać też duch zmian przejawiający się w odnawianiu przepięknych budynków.

Przed samym wyjazdem na wycieczkę umówiłam się moją bardzo dobrą koleżanką na kawę. Ewa na studiach była na praktykach na Ukrainie i zwiedziła kilka miejsc w tym także i Odessę. Dowiedziałam się od niej, że koniecznie muszę wybrać się na słynne, odeskie targowisko czyli Privoz na którym muszę spróbować sałatek. W miarę szybko przebiegliśmy przez Odessę i pobiegliśmy na słynny targ.

Weszliśmy do wielkiej hali, znaleźliśmy stoisko z sałatkami i…..stwierdziliśmy, że jest tu tak jakby trochę luksusowo. To nie było to czego się spodziewaliśmy – tam było jak na hali w Gdańsku, już po przebudowie czyli tak trochę sterylnie i zwyczajnie.

Zakupiliśmy kilka sałatek – które musiały być mega świeże skoro przetrwały do końca dnia i jeszcze do wieczora dnia następnego. Prawdę mówiąc nie wiem co jadłam. Wyglądało to trochę jak zielone glony – nieważne, było niesamowicie smaczne i nic mi po tym nie było. Żałowałam, że nie spróbowałam śledzi, które wyglądały naprawdę zachęcająco.

Wyszliśmy z hali i naglę zobaczyliśmy prawdziwy Privoz. Zadaszony plac na którym można było kupić ryby, mięso, owoce i warzywa.

W życiu nie widziałam takich ryb. Niektóre z nich były ogromne, a inne jakieś dziwne i po cichu zastanawialiśmy się czy to nie z okolic Czarnobyla – takie popromiennie podrasowane.

Do tego cała masa skorupiaków. Niektóre z nich były suszone – takie ukraińskie czipsiki.

I cała masa niesamowitych przypraw. 

Tam też kupiliśmy najpyszniejsze jakie jadłam morele – trochę śmiesznie bo od Mołdawian 🙂

Wyczytałam wcześniej, że Privoz to raj dla kieszonkowców i żebraków. Faktycznie kręciło się tam trochę podejrzanych osób. Niektórzy próbowali wyłudzić od nas pieniądze, ale jak mocno się tupnęło to odchodzili.

Oblecieliśmy wszystko i udaliśmy się na miejsce zbiórki na którym dowiedzieliśmy się, że….jedziemy wszyscy na Privoz. Super mogliśmy więcej połazić po samej Odessie. Zamiast drugi raz łazić po targowisku, poszliśmy do knajpki coś zjeść. Niestety okazało się, że ta wyprawa dla jednej z uczestniczek wycieczki okazała się bardzo pechowa. Jednej pani, która ktoś buchnął plecak. Nie, nikt jej go nie wyrwał. Plecak zniknął z autobusu. Panowie kierowcy stojąc na parkingu i czekając na grupę postanowili przewietrzyć autobus otwierając również drzwi z tyłu autobusu. Niestety nie przyszło im do głowy, że jeden z nich musi posadzić dupę przy tych drzwiach. Złodziej wsunął się po cichu i złapał to co było najbliżej czyli plecak starszej pani. Wiecie, jak mi serce stanęło? My mieliśmy miejsca zaraz obok, a ja na siedzeniu zostawiłam swój komputerek. Od tamtej pory nigdy niczego nie zostawiałam w autobusach wycieczkowych. Tak więc starsza pani zamiast na Privoz pojechała na posterunek. Szczęście w nieszczęściu, że w tym plecaku nie miała dokumentów, ale miała okulary i leki, których potrzebowała prawie równie mocno jak dokumentów. Po jakimś czasie udaliśmy się do autobusu w którym dowiedzieliśmy się, że mamy się nie rozchodzić ponieważ pilotka ze starszą panią powinny niedługo wrócić. Czekaliśmy tak kilka godzin. Kierowcy nie potrafili, a raczej nie chcieli udzielić nam informacji kiedy wrócą kobiety. Wszyscy powoli zaczynali zgrzytać zębami ponieważ przez ten czas można było jeszcze pochodzić po mieście lub pójść i coś zjeść. Na szczęście w pobliżu był sklepik w którym coraz więcej osób zaczęło zaopatrywać się w ukraińską wódeczkę – zrzucając się po kilka osób na flaszkę i w ten sposób integrując się albo znieczulać. Staraliśmy się nie myśleć, że czeka nas jeszcze dobrych, kilka godzin drogi do Kijowa. Panie w końcu wróciły. Okazało się, że wozili je od jednego komisariatu do drugiego każąc za każdym razem opowiadać całą historię od początku i wypełniać dziesiątki druków. Wszystko to było potrzebne do tego żeby ubezpieczalnia zwróciła starszej pani pieniądze bo wątpię, żeby złapali złodziejaszka. Najlepsze było w tym to, że kierowcy absolutnie nie poczuwali się do winy i nie podpisali protokołu. Od tej pory stanęła ściana pomiędzy kierowcami a grupą. Nikt już niczego nie zostawiał w autobusie. Oczywiście Dziadek Wywrotowiec, który zawsze musiał być gwiazdorem powiedział, że on widział tego złodzieja. Ciekawe, to szkoda, że wcześniej nic nie powiedział.

Do Kijowa dotarliśmy bardzo późnym wieczorem. Następnego dnia zapakowali nas w autokar i zaczęli wieźć do centrum. Po drodze jak zwykle zgarnęliśmy przewodniczkę, która od wejścia zaczęła nam z patosem opowiadać jakie to Ukraina ma wszystko największe, najpiękniejsze i najwspanialsze – no wszystko naj. Trąciło mi to miłością do ZSRR w którym zawsze i wszędzie wszystko musiało być naj. Od razu odechciało mi się słuchać baby, a jak usłyszałam, że matką Piotra Wielkiego była caryca Katarzyna to szlag mnie trafił, że babsko nam takie kity wciska. Teraz żałuję, że zamiast mamrotać pod nosem nie wstałam i nie powiedziałam babie, że bezczelnością jest opowiadanie takich bzdur. Jakby coś to słyszałam od kilku znajomych o takich, niedouczonych przewodnikach co dobrze nie wiedzą i pieprzą trzy po trzy żeby tylko coś popieprzyć.

Po takim wstępie stwierdziliśmy, że my podziękujemy za takiego przewodnika i powędrujemy swoimi szlakami. W Kijowie mieliśmy spędzić cały dzień więc stwierdziliśmy, że spokojnie sami sobie obejrzymy miasto i jeszcze zdążymy się posilić. Odpuściliśmy sobie grupowe zwiedzanie Ławry Peczerskiej, a w zamian poszliśmy zobaczyć teren Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej z niesamowitymi rzeźbami. Można powiedzieć, że te są mocno w stylu ZSRR, ale moim zdaniem nikt tak nie potrafił oddać mimiki i ducha walki jak rzeźbiarze z radzieckiej szkoły. 

Po drodze zobaczyliśmy Pałac Maryński i niesamowity Dom z Chimerami – i tych rzeczy np. nasza wycieczka nie widziała.

Kijów przewędrowaliśmy dosyć ostro ale ze świadomością, że to miasto jest ogromne i nie widzieliśmy nawet połowy. Nie zwiedziliśmy ani jednego muzeum, ani nie zajrzeliśmy do żadnego soboru. Nawet o tym nie myśleliśmy mając na uwadze nasze mocno odkryte członki.

Za to znaleźliśmy czas żeby usiąść na Majdanie i pooddychać atmosferą tego przepięknego miasta. W życiu byśmy nie pomyśleli, że niezadługo będą się tu działy niefajne rzeczy, a plac przemieni się istne pobojowisko.

Przejechaliśmy się również fantastyczną kolejką, która kosztowała jakieś śmieszne pieniądze.

I zjedliśmy. Najpierw w mega drogiej restauracji w której jedynie świeżo wyciskany sok był wart swojej ceny (aczkolwiek można było taki sam kupić na ulicznych straganikach). I w której czuliśmy się jakbyśmy byli nadzy, ponieważ inni goście wystrojeni byli jak stróż w Boże Ciało.

A potem w barze który znajdował się w przejściu podziemnym do metra i który serwował pieczonego kartofla z sałatkami za jakieś śmieszne pieniądze. I ten kartofel był o niebo smaczniejszy od tych super duper kurczaków w luksusowej restauracji.

W Kijowie zobaczyłam jak piękne i super ubrane są Ukrainki. Takiej rewii mody jaka jest na kijowskich ulicach nie widziałam ani w Polsce, ani w żadnych z dotąd widzianych miast – nawet w Rzymie. Ukrainki są przepiękne i niesamowicie to piękno podkreślają makijażem i przepięknymi ciuchami. Wiecie, że raz o mało w słupek nie wlazłam bo tak się zapatrzyłam w kieckę, którą miała na sobie idąca przede mną dziewczyna? Szczerze mówiąc czułam się tam jak jakiś kocmołuch w tych, swoich lnianych gaciach i koszulce z Myszką Miki.

No i do tego masa żebrzących ludzi – ja się ugięłam przy babci z przecudnym kotem, który aż się prosił o głaskanie.

W Kijowie spędziliśmy tylko jeden dzień, a następnego wyruszaliśmy w okolice Lwowa. Zanim jednak wyruszyliśmy miała miejsce akcja śniadaniowa. Tutaj muszę wspomnieć o fakcie, że praktycznie większość osób codziennie wkraczała do jadalni jak tylko wybiła godzina śniadania – bo przecież trzeba szybko zgarnąć co trzeba bo potem może już nie być. Przychodząc trochę później było się skazanym na stanie w ogromnej kolejce i na braki na stołach (potem oczywiście donosili). Z naszą znajomą parą postanowiliśmy utrzeć nosa dziadkom i pewnego dnia zajęliśmy jako pierwsi miejsce pod drzwiami jadalni. Niestety czas mijał, a drzwi pozostawały zamknięte. Dziadki zaczęły szumieć, że nie dadzą nam śniadania. Rany co to  była za akcja – po chwili już większość była w istnym amoku. Co rusz ktoś przedstawiał swoją teorię spiskową i nie trafiało do nich, że śniadanie musi być i będzie. Oczywiście najbardziej aktywny był Dziadek Wywrotowiec. Było, tylko obsługa trochę zaspała – zapomnieli, że nasza wycieczka zażyczyła sobie śniadanie trochę szybciej niż zwykle. Szkoda, że nie możecie zobaczyć tego wściekłego tłumu, który jak tylko otworzyły się drzwi rzucił się na stoły z jedzeniem – jakby miesiąc nie jedli. Stojąc w kolejce śniadaniowej dowiedzieliśmy się od naszych współtowarzyszy o tajemniczym Panu Saszetce. To był pan koło 60-tki, a może młodszy (widać było gołym okiem, że nie odmawiał sobie używek). Bardzo szczupły. Z reguły trzymał się osobno ale czasami potrafił „błysnąć” w towarzystwie – dopytując się o coś głośno pilotki.  Ten pan zawsze miał przy sobie czarną, skórzaną saszetkę. Nigdy się z nią nie rozstawał. Ta saszetka jak się okazało spełniała bardzo ważne zadanie i postanowiliśmy się przyjrzeć bliżej Saszetce w kolejnym hotelu w Żółkwi. 

W Żółkwi – niewielkim miasteczku pod Lwowem spędzaliśmy swój ostatni nocleg. Miasteczko nie powiem urocze, ale totalna dziura w której było tylko kilka kawiarni, lody i piwo na rynku i jakaś podejrzana speluna w której kilka osób coś tam zjadło ale nam zdecydowanie odradziło. Została nam opcja hotelowego jedzenia.

Następnego dnia było ostatnie śniadanie i okazja żeby przeprowadzić obserwacje naszego, tajemniczego współtowarzysza. Pan Saszetka jak zwykle na śniadanie przyszedł ze swoją nieodłączną saszetkę. Nałożył sobie kopę jedzenia na talerz i rozpoczął konsumpcję. Aż dziw bierze, że tak szczupła osoba mogła pochłonąć takie ilości jedzenia. Jedząc i jednocześnie bardzo dyskretnie rozglądając się szybko zawijał kanapeczki w serwetki i niepostrzeżenie wsuwał je do….saszetki. Bo saszetka przez cały czas niewinnie spoczywała na stoliku. To była akcja godna mistrza. Nie jakieś chamskie wynoszenie żarcia w ręce tylko wysublimowane wsuwanie kanapek w elegancką saszetkę. Po zapełnieniu torebeczki Pan Saszetka z godnością oddalał się w kierunku swojego pokoju. Myślę, że mało kto się zorientował w jego tajnej akcji.

Zwiedzanie Lwowa rozpoczęliśmy od słynnego cmentarza. Już jadąc autobusem przez miasto stwierdziłam, że ludzie chyba przesadzają w swoich zachwytach nad tym miastem. Na cmentarzu stwierdziliśmy, że szkoda czasu na snucie się za wycieczką i tracenie czasu na oglądanie poszczególnych nagrobków i brzydkiego skądinąd Cmentarza Orląt.

Przepraszam bardzo ale nie pochwalam wysyłania do walki dzieci. Czym te dzieci różnią się od dzieci wojny w Afryce? W Afryce to be a u nas ok? Pomnik Małego Powstańca to super bo Mały Powstaniec zabił wstrętnego Szwaba, a mały Afrykańczyk to zwyrodnialec. I coś jeszcze co się niektórym nie spodoba…..dowiedzieliśmy się dlaczego tak naprawdę jest konflikt między ukraińską Polonia (częścią), a Ukraińcami. Nasza wspaniała Polonia najchętniej przeprowadziłaby rozbiór Ukrainy tak, żeby część wróciła do Polski, a resztę niech sobie bierze Putin. Fantastyczny pomysł! Nic dziwnego, że Ukraińcy nie przepadają za nami skoro wiecznie zapominamy o tym jak długo ich państwo istnieje.

A Lwów….dla mnie przereklamowany. Spodziewałam się większego wow. Faktycznie miasto podobne do Krakowa ale brzydsze. Nie, nie kumam magii Lwowa. Sorki 🙂 

Jadąc przez Ukrainę doświadczyliśmy kilku ciekawych rzeczy. Pierwsza to ciekawe toalety – pięknie zrobione – a w środku dziura w podeście. Szczerze mówiąc taki typ toalety jest moim zdaniem bardziej praktyczny i higieniczny bez ryzyka dotknięcia sedesu. Druga rzecz to któregoś razu zatrzymaliśmy się przy dużej stacji paliw na której był barek sprzedający coś w rodzaju pieczonych pierogów. Takiej obsługi to ja dawno nie widziałam. Jakbym się w czasie cofnęła do PRL-u. Dziewczyna, która obsługiwała kasę zachowywała się jak księżna udzielna. Była strasznie niemiła, a nosem szorowała tak po suficie, że aż tynk leciał.

p.s. nie będzie postu ani o smakach ukraińskich ani o praktycznej Ukrainie. Nie będzie bo po tej wycieczce g… za przeproszeniem wiem o ukraińskich potrawach i praktycznym zwiedzaniu. Nie będzie dopóki ponownie nie wybierzemy się w tamte rejony – a mamy taki zamiar.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s