Wyprawa na Bałkany czyli czy singielka może sama jechać na wycieczkę cz.I.

Właśnie na fali medialnej popularności płynie historia Magdaleny – turystki z Egiptu. Nie wiem jak Wy, ale ja już boję się otworzyć lodówkę żeby mi jakaś rewelacja na temat Magdy z niej nie wyskoczyła. Tak nawiasem to co chwila jest jakaś Magda na topie – jak sama nie zginie to kogoś zamorduje. Jakiś czas temu obiecałam Wam opowiedzieć o swoich wycieczkach z biurem podróży. Zaczęłam od wycieczki do Rumunii, Mołdawii i Ukrainy ale tak naprawdę pierwszą była wyprawa na Bałkany. Na tę wycieczkę pojechałam sama. Z tym, że w odróżnieniu do M. nie miałam narzeczonego – podejrzewam, że gdybym go miała to by mnie samej nie puścił. Moja wycieczka była też wycieczką objazdową i to nie po krajach arabskich tylko południowej Europy, alee mogę mogę coś powiedzieć jak wygląda postrzeganie singielki na takiej wycieczce. Od razu mogę stwierdzić, że zawsze od początku tworzą się grupki. Są grupy małżeńskie, zawodowe (nauczyciele uwielbiają się razem snuć i narzekać na swój ciężki los), dziadków i…singli. Z tego wszystkiego single są zawsze złem koniecznym. I mówię to z doświadcza singielki, ale też i kobiety w związku. Wkrótce opowiem Wam o wycieczce do Grecji i o tym jak spojrzałam na singielki z nowej perspektywy.

Wycieczka na Bałkany pojawiła się totalnie niespodziewanie. Urlop dostałam z przydziału. Pierwszy raz w swojej karierze zawodowej postanowiłam wykorzystać fundusz urlopowy na jakąś wycieczkę. Wpadłyśmy z koleżanką na pomysł żeby wybrać się do Londynu w którym mieszkał jej brat. Miałybyśmy nocleg za darmo, a  to jak wiadomo z reguły pochłania najwięcej kasy. Niestety nie mogłyśmy się skontaktować z bratem, a bilety lotnicze w magiczny sposób drożały z godziny na godzinę. Stwierdziłam, że jak tak dalej pójdzie to nie będzie mnie stać na tę wyprawę bo przecież trzeba jeszcze z czegoś żyć w tym Londku. Zrezygnowałam więc z Londynu i wykupiłam wycieczkę z biura podróży. Wzięłam praktycznie pierwszą z brzegu czyli Bałkany. To miała być objazdówka po Serbii, Macedonii, Albanii, Czarnogórze, Chorwacji i Słowenii. Zawsze byłam strasznie ciekawa Albanii i chyba dlatego wybrałam akurat tę opcję.

Jak teraz wspominam tę wycieczkę to muszę stwierdzić, że trochę słabo się do niej przygotowałam. Przede wszystkim nie zabrałam małej poduszki do spania, nie wspominając o dodatkowych, letnich butach.

Do wycieczki podeszłam jak do kolonii. Na początku nikogo nie znasz ale w trakcie na pewno znajdziesz jakąś koleżankę. Niestety tak jak na koloniach tak i tutaj już na samym początku uaktywniły się mendy społeczne. Z Gdańska wyjeżdżaliśmy późno w nocy i większość miała ochotę sobie pospać ale nie, ponieważ grupka starszych pań i ich mężów miała ochotę posłuchać i pośmiać się z przaśnych kawałów jednego z panów. No i tak rechotali do rana. W dzień kiedy dosiadali się coraz to nowi uczestnicy wycieczek (autobus zbiera towarzystwo przez pół Polski) towarzystwo poczuło się zmęczone i pani siedząca przede mną bez ostrzeżenia opuściła nagle na ful swoje siedzenie przykleszczając mi boleśnie kolana. Siedzenia nie podniosła już do końca podróży – pomimo tego, że nie spała. Modliłam się, żeby tylko nie byli na mojej wycieczce i na szczęście pojechali na inną.

Na południu przegrupowali nas i okazało się, że w autobusie dostałam co prawda miejsce na samym początku, ale koło trzech starszych pań. Ta z którą siedziałam miała być także moją współlokatorką w pokoju. Bo ja frajerka pożałowałam dwóch stówek na jedynkę….na szczęście nie było tak źle i muszę powiedzieć, że trafiła mi się fantastyczna, starsza koleżanka. Za to jej psiapsiółki…..masakra. Jedna cały czas nadawała na politykę. Już nie pamiętam czy była za PiS czy za PO, ale z każdym kilometrem miałam ochotę ją udusić gołymi rękoma. Za to druga – totalna plotkara, wścibska jak cholera i najchętniej wszystkim by w tyłek zajrzała z ciekawości. Nawet moja współtowarzyszka pod koniec miała już dosyć i oświadczyła, że więcej już nie jedzie z tą plotkarską koleżanką. Prawdę mówiąc miała i ze mną trochę przerąbane, ponieważ co noc budziłam ją i siebie zresztą też przez co byłyśmy wiecznie niewyspane. Jestem lunatyczką i w stanie stresu/podekscytowania lunatykuję – zazwyczaj szukam czegoś na podłodze koło łóżka. Na wycieczce co noc sprawdzałam, czy ktoś mi nie ukradł aparatu 😦

Naszym pierwszym przystankiem był Belgrad – dawna stolica Jugosławii. Zanim wjechaliśmy do stolicy Serbii zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Tam pierwszy raz zobaczyłam psią i kocią biedę w tym państwie. W życiu nie słyszałam, żeby kot tak przeraźliwie miauczał – a wszystko to z głodu. To jeszcze było nic. Na przedmieściach Belgradu do naszego autobusu wsiadła przewodniczka. Już nie pamiętam gdzie się tak nauczyła dobrze mówić po polsku, czy od męża Polaka czy studiowała w Polsce, nie wiem, w każdym razie mówiła po polsku nieźle. Belgrad sobie oblukałam najpierw w necie więc wiedziałam czego się mniej więcej można spodziewać. Interesowały mnie zbombardowane przez NATO budynki i piękne, secesyjne kamienice plus twierdza Kalemegdan. Wiecie jak wyglądało zwiedzanie Belgradu? Nijak. Autobus zaczął jeździć po całym mieście, ale najpierw zawiózł nas do najsłynniejszej świątyni prawosławnej w Serbii i nie tylko – czyli cerkwi św. Sawy. Cerkiew jest jedną z największych na świecie i jest wciąż wykańczana. Faktycznie jest olbrzymia i to była pierwsza cerkiew w moim życiu w której byłam. Przyglądałam się więc z zapartym tchem jak Serbowie podchodzą do wystawionej na środek ikony, całują ją, biją jakieś pokłony, żegnają się i idą na nabożeństwo. Po wyjściu z cerkwi zapakowali nas w autokar i zaczęli dalej obwozić po mieście. Zawieźli nas do mauzoleum Josefa Broz-Tito. Po drodze przewodniczka opowiadała o wszystkich willach, że kto tam mieszka, kim jest i ile ma forsy i jakie koneksje. Z powrotem za to opowiadała nam o ambasadach – bo to była dzielnica ambasad i o amerykańskim szpitalu w którym pracują super-duper amerykańscy lekarze. Zaczęło mnie to powoli nudzić. Mauzoleum to też jakaś porażka. Kilka zdjęć, medali i wydzielona część etnograficzna ze strojami ludowymi. W tym wszystkim najbardziej podobały mi się małe koty, które najwyraźniej pomieszkiwały na terenie muzeum. Autokar z powrotem nas zwiózł do centrum i w końcu mogłam zobaczyć zbombardowane budynki. Niestety przewodniczka bąknęła coś pod nosem na ich temat i tyle w temacie.Za to rzewnie biadoliła, że nie chcą przyjąć Serbii do UE. No nie chcą bo mają wrzoda na dupie czyli cholerne Kosowo.

Autokar dowiózł nas w końcu w okolice twierdzy Kalemegdan, gdzie mogliśmy zakupić kartki i pamiątki. Sama twierdza jest niesamowita i teraz po kilkudniowym pobycie w Belgradzie mogę śmiało powiedzieć, że chcąc ją całą obejść i zwiedzić sale muzealne to trzeba przeznaczyć na nią cały dzień. My weszliśmy na taras widokowy żeby zobaczyć miejsce w którym Sawa wpada do Dunaju i pobiegliśmy dalej. Doszliśmy do głównego deptaku Belgradu i dostaliśmy “aż” 30 minut czasu wolnego. Już wcześniej zauważyłam, że w grupie jest słabo z singlami. Jeżeli była jakaś dziewczyna w moim wieku to albo z mamą albo z mamą i siostrą. No albo starsze panie, które też trzymały się razem, a ja nie lubię chodzić w grupie. Zauważyłam, że był też chłopak mniej więcej w moim wieku i to sam. A że miał też lustrzankę więc kolega po fachu 😉 podeszłam i zapytałam czy możemy łazić razem. Koleś chętnie przystał na towarzystwo bo we dwójkę zawsze raźniej. Okazało się też, że obydwoje jesteśmy z Gdańska a do tego mamy wspólnych znajomych. Świat jest mały. Tak więc kawałek Belgradu obeszłam w obstawie.

Belgrad opuściliśmy w szybkim pędzie i pomknęliśmy na południe do niewielkiego miasta leżącego niedaleko granicy z Macedonią – Leckovac. Zatrzymaliśmy się w małym hotelu w którym w końcu można było zmyć z siebie syf dwudniowej podróży. Jeszcze w Belgradzie zaznajomiliśmy się z jedną parą która okazała się być rodzeństwem. Z singli była jeszcze jedna dziewczyna, która trzymała się mocno na uboczu i kilku panów i pań w starszym wieku. Oni stworzyli swoją grupkę. My się zmówiliśmy i poszliśmy razem na coś do picia. Było ok czyli spokojnie i bezpiecznie, nie licząc natrętnych dzieci cygańskich, którym jak raz dasz kasę to już po Tobie bo się potem nie opędzisz. Leskovac pokazało nam trochę inną Serbie – taką zacofaną i trochę smutną. Z jednej strony ekstra kluby z wystrojonymi dziuniami, a z drugiej rozpadające się domy, chodniki i masa, biednych, bezpańskich psów.

To był pierwszy dzień singlowej wyprawy – całkiem spoko, ale już kolejnego w Macedonii miałam odczuć jak to jest być singlem wśród par.

One thought on “Wyprawa na Bałkany czyli czy singielka może sama jechać na wycieczkę cz.I.

  1. Widzę,ze nawet kilkanaście lat nie uczyniło w tych krajach zmian. Jechałam przez Serbie bardzo dawno temu do Grecji i ta bieda już wtedy była widoczna, życzliwość ludzi wynagradza ale to naprawdę zapomniany przez zachodnia Europę zaścianek a szkoda ma tyle do zaoferowania. Czekam na kolejny odcinek Twoich wycieczkowych przygód.

    Liked by 1 person

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s