Jak zostaliśmy świadkami morderstwa czyli wyprawa na Bałkany część II.

Z Leskovac wyjechaliśmy wcześnie rano – (post o pierwszym etapie wycieczki znajdziecie: tutaj ). Wjeżdżaliśmy już na trasę prowadzącą ku granicy z Macedonią gdy nagle na cały autokar rozległ się wrzask. Mama dwóch córek zaczęła biadolić, że zapomniała swojego pierścionka, który prawdopodobnie został na umywalce w pokoju hotelowym (łazience). Pierścionek był zaręczynowy z brylantem i takie tam. Na szczęście nie odjechaliśmy daleko i wróciliśmy się do hotelu. To nas oczywiście kosztowało czas przeznaczony na zwiedzanie stolicy Macedonii. Granicę przejechaliśmy bardzo sprawnie widząc tylko jak Macedonia potrafi „trzepać” samochody osobowe. 

Do Skopje dojechaliśmy bez większych przygód. Autokar wysadził nas na wzgórzu na którym znajdowała się piękna twierdza, której oczywiście nie zwiedzaliśmy – bo kto by tam chciał zwiedzać jakąś twierdzę. Za to znalazł się czas na małą cerkiew, a potem meczet do którego wlazłam prawdę mówiąc trochę niestosownie ubrana, bo w koszulce na ramiączkach i krótkich gaciach. Nikt mi nigdzie nie zwrócił uwagi – no to weszłam….

Z meczetu pamiętam, że strasznie zmarzły mi stopy – wchodząc do niego musieliśmy najpierw przemaszerować na bosaka po marmurowej podłodze, która była zimna jak cholera – za to w środku cudownie miękkie dywany. Z meczetu pobiegliśmy na starą część Skopje i truchtem przebiegliśmy przez wąskie uliczki tej urokliwej części miasta. Nie było czasu żeby się przyjrzeć co tam sprzedają, ponieważ trzeba było biec dalej mostem do nowej części miasta. Jak się okazało biegliśmy do…..domu Matki Teresy. Nie wiem czy każde biuro tak ma, ale osłowione RT organizuje wycieczkę na styl pielgrzymki – czyli nieważne zabytki świeckie – ważniejsze są religijne. Tak więc ta wycieczka kręciła się wokół Matki Teresy. Tak więc zbyt wiele o samym Skopje nie mogę powiedzieć bo znowu g… widziałam.

Ja, mój nowy kolega i sympatyczne rodzeństwo postanowiliśmy podarować sobie tę przyjemność i wrócić na starą część miasta żeby kupić jakieś pamiątki i coś przekąsić. Nocleg mieliśmy mieć dopiero w Ohrydzie, a przed nami był cały dzień drogi. Pobiegliśmy więc, robiąc jeszcze po drodze masę zdjęć i usiedliśmy w dosłownie w pierwszej, lepszej knajpce.

Jedzenie było boskie, ale trochę to potrwało zanim nam je podali, potem zjedliśmy no i…..na miejsce zbiórki przylecieliśmy spóźnieni. Spóźniliśmy się AŻ 5 minut i o te durne 5 minut wybuchła cała afera. Ponieważ duża część wycieczkowiczów postanowiła nie opuszczać nowej części miasta w której były tylko nowobogackie kafejki i restauracje – zadowolili się lodami na wynos i z tymi lodami siedzieli na miejscu zbiórki i czekali aż się wszyscy zbiorą. Prawie nikt nie ruszył na klimatyczne Stare Miasto na którym była masa pamiątek i knajpek z miejscowym jedzeniem. Usłyszeliśmy więc, że jesteśmy nieodpowiedzialni i takie tam. To naprawdę było głupie 5 minut.

W autokarze pilot wycieczki oświadczył, że osoby które się spóźniły będą miały karę. WTF??? A co to obóz pracy jakiś? Po tym oświadczeniu pilot w ramach rozruszania wycieczki wyciągnął flachę rakii i zaczął każdego częstować – oczywiście alkohol zakupiony za nasze pieniądze. Od tego momentu tych poczęstunków było coraz więcej i niektóre osoby z dnia na dzień chodziły coraz bardziej zawiane.

Wieczorem dotarliśmy do Ohrydu w którym mieliśmy spędzić kolejne dwa dni. Spaliśmy kawałek za Ohrydem w wypasionym hotelu w którym dostałam pierwszą propozycję przenocowania u kolegi z Gdańska. No cóż….wybrałam swoje łóżko w pokoju z panią z którą siedziałam w autobusie. Kolega chyba sobie po wspólnym łażeniu i foceniu narobił dziwnych nadziei.

Na drugi dzień zwiedzaliśmy Ohryd. Jak zwykle wepchnęli nam jakieś przymusowe zwiedzanie i tutaj to była wytwórnia papieru.

W Ohrydzie odebrałam swoją karę – czyli zostałam przymuszona do odtańczenia kankana w starym teatrze. Pewnie to taki stały punkt programu pana pilota. Tutaj też zauważyłam, że małżeństwa trzymają się razem i broń boże żebym do nich podchodziła. Taaa juz w hotelu kiedy zapytałam jednego, takiego męża czy mogę stanąć koło niego w kolejce jego żona prawie dostała zawału. Następnego dnia omijali mnie z daleka – jakbym była trędowata. W ten sposób przekonałam się, że na wycieczkach tak jak i w życiu codziennym singielki nie są mile widziane w towarzystwie złożonym z par.

W zasadzie to o Ohrydzie już pisałam i ten post znajdziecie tutaj  tam napisałam dlaczego Ohryd mnie tak urzekł i że przyrzekłam sobie, że jeszcze tam wrócę. Byliśmy tam stanowczo zbyt krótko aleeee znalazł się czas na kolejną degustację rakii w cerkiewce. Nawet nie wiem o co chodziło, bo dotarłam do niej jako jedna z ostatnich. Dotąd nie wiem, dlaczego akurat tam rozlewali rakiję dla turystów.

Z cerkiewki do centrum miasta wracaliśmy wodnymi taksówkami i to ten kieliszek alkoholu sprawił, że wsiadłam bez szemrania do łódki.

W Ohrydzie rozdzieliśmy się ponieważ część wycieczki wybrała się na rejs statkiem po jeziorze ohrydzkim, część wróciła do hotelu, a nieliczni czyli my postanowiliśmy zostać i wrócić na własną rękę do hotelu. Narobiliśmy więc zakupów i pojawiła się kwestia powrotu. Mieliśmy cztery opcje – dosyć długi spacerek, autobus, zwykłą taksówkę i wodną taksówkę. Rodzeństwo, które przyjechało z południa Polski zaczęło wiercić dziurę w brzuchu żebyśmy wracali wodą – bo oni tak rzadko widzą morze. Super. W końcu się zgodziłam i to był błąd. Do połowy drogi było w miarę. Robiłam zdjęcia – kapitan łódeczki poczęstował nas swoją rakiją (w Macedonii pędzenie rakii to chyba narodowy sport) więc chwilowo byłam znieczulona. A potem zaczęło do mnie docierać to co opowiadał nam przewodnik czyli, że jezioro ohrydzkie jest bardzo głębokie i to że widać dno to nie oznacza, że jest płytko tylko, że woda jest taka czysta. Potem moi współtowarzysze zaczęli biegać po łódce żeby robić zdjęcia, a łódka zaczęła się chybotać coraz mocniej a mnie coraz bardziej robiło się niedobrze. Do tego okazało się, że do naszego hotelu jest większy kawał niż myśleliśmy. Do końca drogi siedziałam siłą woli powstrzymując atak paniki. Jak tylko dopłynęliśmy do brzegu wyskoczyłam na pomost i poleciałam do hotelu. Poryczałam się po drodze – trochę ze złości bo kolega tak zapraszał do nocowania w swoim pokoju, a nawet się nie zapytał co mi jest. Dupek.

Prawie do końca wycieczki nie odezwałam się do niego słowem. Koleś się zresztą wcale tym nie zmartwił. Zaczął smalić cholewki do pewnej małolaty, która za to łaziła za naszym pilotem – ale o tym będzie dalej. Tego samego wieczoru mieliśmy wieczorek taneczny po którym sporą grupą poszliśmy się przejść do jakieś kapliczki. Niestety nie dotarliśmy na miejsce, ponieważ po drodze trafiliśmy na trupa. Jakiś czas przed nami musiała być jakaś ostra bójka, albo coś innego ponieważ na ziemi leżał zakrwawiony koleś i już nie oddychał. Ludzie którzy tam przyszli przed nami też za wiele nie wiedzieli tyle tylko,że za chwilę będzie policja. Zadzwoniliśmy szybko do pilota, który kazał nam się stamtąd szybko zabierać, ponieważ policja mogłaby nas zatrzymać i tyle by było z naszej, dalszej podróży. Nie wiadomo co tam się wydarzyło i kim był ten człowiek. To był koniec imprezy.

Na drugi dzień mieliśmy czas na relaks (zastanawianie się co się stało z tym człowiekiem) i przygotowanie się na ostrą jazdę po Albanii (i to dosłownie).

 

Wszelkie prawa zastrzeżone
Wszystkie zdjęcia i teksty są moją własnością (o ile nie jest podane inne źródło). Korzystanie bez mojej zgody z treści i zdjęć umieszczonych na blogu jest zabronione. (Dz. U. Nr 24, poz. 83)

2 thoughts on “Jak zostaliśmy świadkami morderstwa czyli wyprawa na Bałkany część II.

  1. No to pięknie. Ja bym chyba zemdlała, gdybym zobaczyła trupa na ulicy, a już na pewno bym stamtąd uciekła. Trochę mnie zdziwiło to zachowanie w autokarze, bo z tego co wiem, w niektórych przepisy są bardzo ostre i nie wolno w ogóle pić alkoholu, a tu pilot częstuje, no no no :). Toś narobiła kolesiowi nadziei na wspólną noc, a musiał obejść się ze smakiem :).

    Lubię to

    1. Szczerze mówiąc też byłam lekko zdziwiona tym rozlewaniem alkoholu ale jak widać co autokar to inne zwyczaje. Twojego Francuza jednak nic nie przebije 😉

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s