Wyprawa na Bałkany cz. III czyli w Albanii uważaj na torebki.

Albania bolała od początku. Bolała jak cholera ponieważ w związku z tym, że w Albanii nie mieliśmy noclegu musieliśmy ją przejechać (i zwiedzić) w ciągu jednego dnia. I jeszcze dojechać do hotelu w Czarnogórze na kolację! Tak więc pobudka była o 4 nad ranem – śniadanie na wynos i szybkie pakowanie się do autokaru. Fajny motyw na urlopie. Postanowiłam, że jak zwykle prześpię się w trakcie jazdy, ale jak tylko przekroczyliśmy granicę z Albanią zapomniałam o tym, jak bardzo nienawidzę wstawać o nienormalnej porze dnia. Granicę przekraczaliśmy w okolicy Jeziora Ohrydzkiego. Pieliśmy się mocno w górę do punktu granicznego, a od granicy zaczęliśmy zjeżdżać całkiem ostro w dół. Droga całkiem dobrej jakości za to pełna ostrych zakrętów i przejazdów pod kolejowymi wiaduktami. W świetle budzącego się dnia wyglądało to niesamowicie i szybko zapomniałam o moim paskudnym nastroju. Wszystko było jakieś inne – od domów, które miały zagospodarowany parter (sklep, warsztat samochodowy) z surowymi piętrami po dziwne, betonowe rowy na poboczu drogi. To co wprawiło mnie i innych pasażerów w osłupienie to „autostrada”. To był jakiś trzeci świat! Wszyscy pędzili po dziurawej autostradzie nie stosując się kompletnie do jakichkolwiek przepisów, a najlepsze było to, że zdarzali się też i tacy co jechali pod prąd! Do tego wszystkiego piesi, którzy potrafili nie dość, że przechodzić przez tę „autostradę” to jeszcze maszerować wzdłuż pasa środkowego. W ten sposób dojechaliśmy do Tirany.

Pierwsze co zobaczyłam po wyjściu z autokaru była słynna mozaika rewolucji albańskiej. Ten niezwykły „obraz” znajduje się na ścianie Muzeum Narodowego przy najsłynniejszym placu w Tiranie – placu Skanderberga. Mozaika jest niesamowita i chętnie bym tam postała i pogapiła się na nią. Niestety czas nas gonił. Zamiast popatrzeć na ten jakby nie było symbol Tirany i chyba całej Albanii pobiegliśmy do najstarszego zabytku Tirany – meczetu, który ja – ze względu na krótkie portki sobie podarowałam. Zamiast tego popatrzyłam sobie na to co się działo na placu.

Tirana niczym się nie odróżniała od innych, europejskich stolic, które miałam okazję widzieć. A po tym co się nasłuchałam na temat tego państwa wyobrażałam sobie totalnie coś innego. Spodziewałam się masy śmieci, biednych ludzi, starych samochodów – chyba zbyt mocno przesiąkłam obrazem Albanii za dyktatury Hodży.

Po zwiedzeniu meczetu udaliśmy się pod drugi obiekt, który strasznie chciałam zobaczyć czyli słynną piramidę Envera Hodży. Nie wiem w jakim teraz jest stanie, ale już wtedy była mocno zdewastowana. Jej ściany mają różny kąt nachylenia (są dłuższe i krótsze) i na upartego można się wspiąć na samą górę. Panowie z mojej wycieczki nawet to zrobili. Przyznam się złośliwie, że nie bez satysfakcji zarejestrowałam fakt, że kolega z Trójmiasta miał potem problem z zejściem.

I na tym skończyła się logika tej wycieczki. Od piramidy zaczęliśmy iść szybki marszem jakimiś bocznymi uliczkami w nie wiadomo jakim kierunku. Gorąco było jak cholera, a ja wcześniej sprawdziłam pogodę wg której tego dnia miało być chłodno. Dzięki mnie moja koleżanka z pokoju ubrała się cieplej niż zwykle. Nic mi nie powiedziała, ale wiem że była wściekła pocąc się bluzce z długim rękawem. Idąc zatrzymaliśmy się po drodze w sklepie. Takich wysokich cen to ja się nie spodziewałam. Po całkiem taniej Macedonii i Serbii to był jakiś kosmos. Zaraz za sklepem zaatakowała nas grupka bosych i umorusanych, cygańskich dzieci. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Te dzieci próbowały nam wyrwać torebki! Po nieudanej próbie wyciągnięcia od nas kasy, jeden z gówniarzy ze złości wytrącił jedzenie z ręki jednej z pań . Widzieliśmy potem kto rządził tą szajką – to chyba był ich tatuś.

A my jak się okazało biegliśmy najpierw do pomnika naszego rodaka czyli Chopina. 

A dalej….no kto zgadnie? No oczywiście Matka Teresa! Poszliśmy na plac jej imienia przy którym był jakiś budynek z nią związany. Podarowałam sobie – wolałam pogadać z albańskim przewodnikiem. Tak w ogóle to był najlepszy przewodnik na tej wycieczce. Świetnie mówił po polsku i jak się potem okazało kilka razy był w naszym kraju i nawet znał historię naszego państwa (trochę powiązaną z historią Albanii). Opowiedział nam masę rzeczy m.in. o co chodzi z tymi nieukończonymi domami. Albańczycy często nie mają kasy na to żeby wykończyć cały dom – dlatego szybko robią parter i albo sami organizują w nim jakiś biznes albo wynajmują komuś. Z tego mają kasę na wykończenie reszty domu. Wyjaśnił nam również dlaczego w Albanii dominującą marką samochodów jest Mercedes – tylko te samochody są w stanie znieść zły stan albańskich dróg. Faktycznie tylu mercedesów na raz nigdzie dotąd nie widziałam. Dowiedzieliśmy się również, że Albania rozwija się w niesamowitym tempie i już wtedy ceny były dosyć wysokie – z tego względu, że coraz więcej turystów pojawia się w tym kraju. Pojechaliśmy zresztą nad morze i widzieliśmy jakie hotele się budują. Być morze teraz Albania już inaczej wygląda niż wtedy gdy ja tam byłam czyli 5 lat temu. 

Z Tirany popędziliśmy na północ gdzie zwiedziliśmy miasteczko Krujë. To górskie miasteczko w którym jest muzeum narodowego bohatera czyli Skanderberga. To bardzo ważna postać dla Albańczyków. Jego historia przypomina trochę historię rumuńskiego bohatera czyli Wlada Palownika – Drakuli. Zabawne jest w tym to, że o ile Albania jest krajem muzułmańskim (taa często zapominamy o tym, że my już od dawna mamy muslimów w Europie) to Skanderberg był wojownikiem chrześcijańskim, który powstrzymywał napór Turków. Krujë nazywane jest albańskim Krakowem ze względu na urok i legendę o smoku (demonie). Dla mnie to kompletnie dwa różne miasta. Tak przy okazji – jeżeli będziecie w Krujë to polecam ubrać buty z dobrą podeszwą. Uliczka przy której znajduje się bazar ma tak wyślizgane kamienie, że nawet w sportowym obuwiu poruszałam się w żółwim tempie.

W Krujë zwiedziliśmy Muzeum Skanderberga i dostaliśmy czas wolny. Część wycieczki wybrała się na zorganizowany posiłek w jakieś super duper restauracji. Ta przyjemność kosztowała ich kupę kasy (przecież biuro podróży musi zarobić na takich obiadkach/kolacyjkach) i……problemy żołądkowe. Wszyscy byli niezadowoleni z żarcia, które im zaserwowano i mniej lub bardziej odczuwali skutki zdaje się nieświeżego jedzenia. Restauracja była zaraz przy uliczce z bazarem – bardzo droga. Do tej restauracji zwożą wszystkie wycieczki – tubylców tam nie uświadczy, a to z reguły oznacza szybko i byle jak za duże pieniądze.

Z Krujë popędziliśmy dalej na północ i zatrzymaliśmy się na chwilę nad przepięknym jeziorem szkoderskim. Droga która prowadzi nad to jezioro to jakiś kosmos. Przez moment jedzie się wśród ładnych domów. Nagle domy urywają się, a zaczynają się opuszczone budynki w których mieszkają….Cyganie. A jak Cyganie to góry śmieci, jakieś szmaty wiszące na płotach i brudne dzieci o sprytnym spojrzeniu. Przewodnik nam powiedział, że gdybyśmy się tam zatrzymali i otworzyli drzwi to nawet byśmy się nie zorientowali kiedy byśmy zostali okradzeni. Po tym czego byłam świadkiem w Tiranie jestem w stanie w to uwierzyć. Tak jak nagle zaczęły się te cygańskie slamsy tak nagle się skończyły, a zaczęły się restauracje. Nad Jezioro Szkoderskie przyjeżdża wielu mieszkańców Albanii. Jest faktycznie przepiękne – w końcu to rezerwat przyrody. Tylko rezerwat przyrody obowiązuje najwyraźniej tylko stronę czarnogórską. Po albańskiej stronie jest masa śmieci – widać, że nikt tutaj nie zaprząta sobie głowy zabieraniem swoich śmieci. Zapytałam o to naszego przewodnika. Powiedział mi, że teraz (wtedy) i tak jest lepiej – ludzie zaczęli mocniej przywiązywać wagę do czystego otoczenia, ale i tak wciąż jest masa takich, których wywala wszystko tam gdzie stoi – bo to państwowe czyli niczyje. Podobnie jest z Jeziorem Ohrydzkim. Śmieci to jedno ale pięć lat temu zarządzono zakaz połowu karpi (ze względu na ryzyko wyginięcia gatunku). Po macedońskiej stronie rybacy stosowali się do zakazu, a po albańskie hulaj dusza piekła nie ma. Nawet lepiej bo więcej dla nich.

Znad Jeziora Szkoderskiego już jest rzut kamieniem do granicy z Czarnogórą. Jeszcze po stronie albańskiej wylądowaliśmy w sklepikach w których znowu była degustacja miejscowych trunków, miodów, dżemów. Ja się skusiłam na albańską brandy Skanderberg. Moi rodzice twierdzą, że bardzo dobry trunek.

Albania jeszcze z czymś mi się kojarzyła – ze schronami. Podobno praktycznie każda rodzina w Albanii posiadała swój schron. Przecież oni cały czas żyli w atmosferze zagrożenia, którą im wpajał Hodża. Tych schronów jest faktycznie całe mnóstwo – podobno wiele ich było na plażach. Podejrzewam, że na chwilę obecną jest już ich mniej.

W Albanii mając czas wolny przyjrzałam się w końcu współuczestnikom wycieczki. Już wcześniej mój kolega z Trójmiasta opowiedział mi o jednym starszym panu, który siedział niedaleko niego. Facet z dnia na dzień był coraz bardziej czerwony na gębie i coraz mocniej zawiany. Faktycznie na degustacji albańskiej był pierwszy, który chwycił za kilonek i po chwili żądał dolewki. W Dubrowniku gdzie zorganizowany był rejs z degustacją facet tak się nawalił, że ledwo zszedł ze statku. Oczywiście kilku panów dzielnie mu wtórowało w darmowej alkoholizacji.

Więcej o Albanii – tak od strony fotograficznej z moimi przemyśleniami na temat tego państwa w oddzielnym poście 🙂

Wszelkie prawa zastrzeżone
Wszystkie zdjęcia i teksty są moją własnością  (o ile nie jest podane inne źródło). Korzystanie bez mojej zgody z treści i zdjęć umieszczonych na blogu  jest zabronione. (Dz. U. Nr 24, poz. 83)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s