Coś o obcierających się dziuniach czyli wyprawa do Grecji.

Jak pamiętacie z mojej opowieści o wycieczce na Bałkany – że wróciłam z niej tak zadowolona, że kilka miesięcy później zaklepałam dwie kolejne wycieczki. Jedną była Rumunia z Mołdawią i Ukrainą, a Grecja z Belgradem. Przy Grecji wahałam się czy nie pojechać lepiej na Krym – nie wiem coś mnie tam ciągnęło i szkoda, że nie zaufałam przeczuciom. Krym za chwilę odpadł od Ukrainy, a wycieczka do Grecji nie należała do tych najfajniejszych. Co może być fajnego w pilnowaniu czy ktoś Ci nie sprzątnie sprzed nosa narzeczonego?

Diabeł też mnie podkusił żeby akurat wybrać Grecję z Belgradem. Tylko masochista pcha się w tak długą trasę autobusem.

Zanim dojechaliśmy do Grecji mieliśmy jak przy pozostałych wycieczkach przesiadkę na Śląsku. Już na przesiadce do Pana B. zaczęły zagadywać dwie dziunie. Trochę mnie to zirytowało, a wkurwiło na maksa kiedy na pierwszym postoju zobaczyłam, że jadą z nami tym samym autobusem. Na szczęście szybko zrozumiały, że Pan B. ma niezłego cerbera i mogą sobie pomarzyć o flirtach. Do Grecji dojechaliśmy po dwóch dniach. Nocowaliśmy w jakimś obskurnym hotelu ale miło było w końcu wyciągnąć normalnie nogi, a i radość z pierwszej palmy też była spora.

Następnego dnia obudziłam się ze zważonym humorem. Taki nastrój miał mi towarzyszyć przez  połowę wycieczki. Wszystko mnie drażniło, a najbardziej moje obskubane włosy za które zapłaciłam ponad 300 zeta (rok 2014). Generalnie czułam się źle – mega źle bo zabrałam nie te ciuchy co powinnam. Maksymalnie źle, bo dookoła krążyły samotne dziunie – a ja tu taki kocmołuch z włosami jak strach na wróble.

Zwiedzanie Grecji zaczęliśmy od Meteorów. Do klasztorów nie wejdzie się z gołymi ramionami i odkrytymi nogami. Nie noszę długich spódnic, ale w swojej szafie miałam starą, indyjską kieckę do kostek. Niestety nie pasowała mi kolorystycznie i generalnie czułam się w niej niezbyt fajnie. Generalnie akurat miałam fazę pt. „jestem gruba”. Kiedy do tego zobaczyłam, że w grupie jest mała, filigranowa, długowłosa blondynka, która do tego miała zajefajną, długą suknię to krew mnie zalała. Ściągnęłam szybko kiecę i w kolejnym klasztorze skorzystałam z wypożyczalni śmiesznych kiec.Przez Meteory przelecieliśmy dosłownie jak meteor. Szkoda bo miejsce jest niesamowite i chciałabym tam jeszcze kiedyś wrócić.Za to dużo więcej czasu spędziliśmy w innym miejscu. Tak to się zaczęły moje obserwacje pilotki wycieczki. Zatrzymaliśmy się mianowicie w miejscu gdzie malują ikony i oczywiście jest też sklep. Tam nas zaczęli raczyć greckimi alkoholami, opowiadać o ikonach, a potem pach do sklepu gdzie podpici uczestnicy wycieczki zaczęli nabywać badziewie rodem z Chin. Zaraz po sklepie zawieziono nas do restauracji w której mieliśmy coś zjeść. Jedzenie niezłe ale jak na bar szybkiej obsługi kosmicznie drogie – ale wiadomo, pilotka i kierowcy mieli darmowe żarcie.

Przy okazji mieliśmy szansę zaznajomić się z popularnymi w Grecji toaletami „na Małysza” i zakazem wrzucania papieru toaletowego do sedesu. Taa długo nie mogłam się przyzwyczaić, że papieru toaletowego nie wolno wrzucać do kibelka.

Z Meteorów popędziliśmy do Aten w których mieliśmy spędzić dwie noce. Nocowaliśmy w całkiem niezłym hotelu, ale w okolicy w której strach było nos wychylić za próg. W każdym razie my nie posłuchaliśmy przestróg pilotki i po tym co dostaliśmy na kolację powędrowaliśmy do knajpki na porządne, greckie jedzenie. Taa jedzenie na tej wycieczce to była jakaś pomyłka. Grecy wzięli sobie chyba do głowy, że Polakom trzeba wejść w dupę bez wazeliny i dawali nam „polskie” jedzenie. Sprowadzało się to do ociekającego tłuszczem miesiwa czyli kurczaków i dziwnych kotletów. A Polakom w to graj! Większość była zachwycona – czuli się jak w domu. Kto by przecież jadł miejscowe jedzenie – swoje lepsze!

W Atenach w końcu mogliśmy sobie obejrzeć naszych współtowarzyszy podróży. Towarzystwo w różnym wieku z zadziwiającą ilością samotnych pań i tylko dwóch singli płci męskiej. 

Oczywiście zwiedzanie było w tempie ekspresowym. Z Akropolu zapamiętałam tylko dzikie tłumy i rozwalonego na ziem psa, który miał wszystko w czterech literach. Te psy widywaliśmy wszędzie. Mające za nic zakazy i nakazy – wchodzące sobie na teren wykopalisk i do sal muzealnych skąd nikt ich nie wypędzał, a mało tego dostawały jeszcze miskę wody.

Na Akropolu postanowiliśmy zagadać do dwóch męskich singli i do blondynki, która podróżowała z inną, starszą blondynką. W autobusie siedzieliśmy na samym przodzie i tak naprawdę nie mieliśmy do kogo buzi otworzyć, a poza tym fajnie było wieczorem wychodzić gdzieś większą grupą. W ten sposób poznaliśmy blond dziunię. Dziunia nie byle jaka bo pani dziennikarka w jednej ze stacji telewizyjnej. Z małego miasta ale zawsze to telewizja, prawda? W każdym razie na pierwszy rzut oka wydała się całkiem sympatyczna, a jakie fajne ciuchy miała. Oj trzeba się było trzymać z daleka od tego szona (od kurwiszon).

A Ateny to generalnie masakra. Bardzo brzydkie miasto z okropnym, duszącym smogiem. Kilkadziesiąt lat czekałam żeby zobaczyć to miejsce i rozczarowałam się jak mało kto. Do tego byliśmy pędzeni jak owce do zagrody. Mieliśmy bilet na wszystkie atrakcje wokół Akropolu, a nawet połowy z nich nie zobaczyliśmy. Chcieliśmy się odłączyć od wycieczki i zwiedzić resztę sami wiedząc, że nie idziemy na płatny wieczorek, a w związku z tym wrócimy na własną rękę do hotelu. Nie! Najpierw musieliśmy pójść z grupą do głównego deptaku Aten z knajpkami i sklepikami gdzie w ekspresowym tempie zjedliśmy i zrobiliśmy małe zakupy, po to żeby lecieć z wywieszonym jęzorem na miejsce zbiórki. Na zbiórce usłyszeliśmy, że jak chcemy to możemy robić dalej co nam się podoba. Myślałam, że strzelę z liścia pilotce…

Grecja to nie tylko psy, ale też masa kotów. Taa w Grecji zaczęła się moja akcja dokarmiania. Nie tylko zresztą ja chodziłam z paczką karmy. W Olimpii spotkaliśmy brytyjskich turystów, którzy również mieli ze sobą paczkę kociego żarcia.

W Atenach pobyt zakończył się dla mnie mocno nieciekawie. Coś mi zaszkodziło i dostałam lekkiej grypy żołądkowej. A może nie zaszkodziło? W autobusie było bardzo zimno – klima nieźle szalała i bardzo szybko pojawiła się pierwsza, chora osoba. Przez całą wycieczkę pochorowało się prawie pół autobusu. Niestety prawdopodobnie zostałam wylosowana w tej cudownej loterii i w ten sposób zaliczyłam pierwszego w życiu hafcika w autobusie. Nawet sobie nie wyobrażacie jak mi było wstyd. Nie dość, że przy obcych ludziach – z przodu siedział kierowca, to jeszcze przy w końcu nie tak dawno poznanym chłopaku.

Na szczęście miałam na tyle siły żeby wywlec się z autobusu i zobaczyć kanał koryncki, a potem Grób Agamemnona.

Mykeny to było jedno z miejsc, które najbardziej mnie oczarowały.

W Grecji też zaczęło się opieprzanie nas za nieprzystojne zachowanie. W Atenach Pan B. dostał ochrzan za to, że wszedł za jakiś kamlot – chciał mieć zdjęcie. Nic nie było ogrodzone to wszedł – najwyraźniej nie wolno było. Potem było jeszcze weselej. Pomimo tego że Grecję zwiedzaliśmy na przełomie września i października to było mega gorąco i Pan B. często ściągał koszulkę. W Delfach jakaś przewodniczka przycięła mu, że chyba uważa się za Adonisa i mógłby coś na siebie zarzucić. Najlepsza była „czarna wdowa”, która nagle wyskoczyła nie wiadomo skąd i zaczęła wrzeszczeć, że to miejsce kultu religijnego i trzeba się ubrać. Kultu? Starożytni biegali tam bez gaci i dobrze było.

W Atenach wsiadła do naszego autobusu kolejna przewodniczka, która jechała z nami przez dwa dni. Zajebiście ubrana i zrobiona stara pudernica. Nie powiem, opowiedziała nam wiele ciekawych rzeczy ale takim tonem, że człowiek miał wrażenie, że babsko mu łaskę robi. Mieliśmy miejsca w drugim rzędzie więc doskonale widzieliśmy co się dzieje w pierwszym. Każdego dnia zawożono nas do jakiegoś sklepiku w którym był postój na zakupy. Z każdego sklepu pilotka dostawała jakiś prezent – a to łańcuszek, a to bransoletka. Zdobyczami dzieliła się z przewodniczką, która już i tak była obwieszona jak świąteczna choinka. Scyzoryk mi się otwierał, bo mieliśmy okrojony czas na zwiedzanie, a te pindy zaciągały nas do sklepów z badziewiem. Oprócz sklepów były też przymusowe postoje w restauracjach w których chcąc nie chcąc wiele osób kupowało posiłek – za to pindy mogły najeść się za darmo. A żeby było jeszcze lepiej puszczały nam w kółko jedną płytę Eleni. Pod koniec wycieczki rzygaliśmy Eleni.

Taaa a mnie coraz bardziej zaczęła irytować blondyneczka, która produkowała się przed Panem B. Nie dość, że byłam chora z gorączką to jeszcze ktoś mi podrywał narzeczonego! Wychodziliśmy z autobusu, a w minutę pięć koło Pana B. pojawiała się dziunia. Okazało się też, że dziunia tak naprawdę jest mężatką, a na wycieczkę pojechała z dawno niewidzianą kuzynką. Krewna prawdopodobnie zastąpiła męża. Być może pokłócili się przed wyjazdem i zdzira chciała sobie kogoś poderwać w rewanżu. Zaczęłam więc tak manewrować żeby się odłączać od towarzystwa dziennikareczki. A Pan B. nic nie kumał – jak to facet. Zachwycony, że ma nową słuchaczkę totalnie nie kumał o co mi chodzi!

W naszym ostatnim, greckim noclegu doszło do małego spięcia. W ramach dobrego nastroju przystałam na wspólne spędzenie wieczoru w naszym pokoju. Standardowo nasz hotel położony był na rogatkach miasta. Tak się złożyło, że mieliśmy zapasy piwa jeszcze z Polski plus kupione w Grecji. Poczęstowaliśmy tych co nie mieli alkoholu, a za to mieliśmy dostać z powrotem greckie piwo. W tym czasie zaczął się kwas pomiędzy męskimi singlami. Ten starszy miał już dosyć tego młodszego, a poza tym dzielnie walczyli o wdzięki gwiazdy polskiego dziennikarstwa. Wyszło więc tak, że nikt nie powiedział młodszemu singlowi o spotkaniu. Trochę słabo to wyszło. Usiedliśmy na balkonie w piątkę i zaczęliśmy paplać. Starszy singiel zaczął smęcić na młodszego i tak wyszło, że po chwili obgadaliśmy połowę wycieczki. Cały czas dziunia wdzięczyła się do Pana B., aż w końcu nie wytrzymałam i wbiłam jej szpilę. Dziunia chyba na to czekała bo się mi hojnie odwdzięczyła. Impreza szybko się skończyła ponieważ atmosfera stała się zdecydowanie ciężka, a my już na amen odłączyliśmy się od ekipy. W ten sposób Pan B. w końcu został oświecony dlaczego od jakiegoś czasu chodziłam wściekła i nie chciałam zadawać się z dziunią. Dziunia mi też wbiła szpilę dosłownie. To ona była osobą, która nam później odkupiła piwo. Jedna z puszek była nakłuta co odkryliśmy po otwarciu walizki w Gdańsku z mokrymi rzeczami.

Niestety dziunia nie odpuszczała i zaczęła atakować Pana B. ze zdwojoną siłą. Miała w końcu jeszcze pobyt w Belgradzie i całą drogę do Polski…

3 thoughts on “Coś o obcierających się dziuniach czyli wyprawa do Grecji.

  1. Tak Grecja jest super, wartojest tam jeszcze raz wrocic, tak sobie obiecuje, a tymczasem obejrzalam sobie Twoje fajne fotki….Aha dodatkowo wszedzie gdzie nie spojrzysz….koty, kotki, kociaki, ach kocham Grekow za ich podejscie do zycia i do zwierzat, pozdrawiam

    Polubienie

      1. To tez zalezy gdzie sie jest w Grecji i co sie tam lubi….ja kocham piesze gorskie wycieczki i dla mnie Lesbos (poza sezonem turystycznym) byla rajem tylko dla siebie.
        My Polacy mamy sie od kogo uczyc tej bezinteresownej milosci i szacunku dla naszych czworonoznych braci 🙂

        Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s