Wyprawa do Izraela i Jordanii cz.I.

Już wracając z Grecji obmyślałam plan dokąd pojedziemy na kolejną wycieczkę. Odkąd obejrzałam Indiana Jones pragnęłam zobaczyć legendarną Petrę – tak więc padło na Jordanię. Niestety w ofercie biura wycieczki nie było samej Jordanii tak więc przy okazji mieliśmy zwiedzić Izrael. Niestety, ponieważ Izrael można spokojnie zwiedzić na własną rękę. Niestety bo to nie była wycieczka. To była normalna pielgrzymka!

Wylot do Izraela mieliśmy po południu z Warszawy więc z Gdańska wyruszyliśmy bladym świtem. To była nasza pierwsza wycieczka z przelotem samolotowym. Zastanawialiśmy się więc jak to będzie wyglądało pod kątem organizacyjnym. Wiedzieliśmy, że mamy zgłosić się do punktu biura podróży na lotnisku. W punkcie pani powiedziała nam, że mamy udać się do miejsca nadania bagażu, a na moje pytanie co dalej odpowiedziała, że ona leci z nami i że się znajdziemy. No super! Przy nadaniu bagażu wypatrzyłam starsze małżeństwo z nalepką firmową biura podróży. Mieliśmy już przynajmniej kogoś za kim w razie czego będzie można iść. Faktycznie po wylądowaniu w Tel Avivie pobiegliśmy szybko za wypatrzonym małżeństwem. Złapaliśmy walizki i tak jak Ci ludzie z wycieczki poszliśmy za nimi do wyjścia. Po chwili dołączyli do nas i inni uczestnicy wycieczek bo jak się okazało było nas dwie grupy – jedna nasza, a druga sam Izrael. Staliśmy tak wszyscy i zaczynaliśmy się denerwować ponieważ – po pierwsze powinno nas być więcej, a po drugie tej kobiety z punktu na lotnisku nie było widać. Nie mogliśmy się już cofnąć ponieważ wyszliśmy poza strefę przylotów. Pani za którą podążaliśmy powiedziała nam, że na każdej wycieczce na której była wszyscy czekali na hali odlotów. Nagle ze strefy bagażowej wylazła pani z punktu biura podróży z dość pokaźną grupą osób i z wielką japą zaczęła się na nas drzeć, że mieliśmy czekać przy taśmach! No mnie totalnie zamurowało z tego całego stresu, który już przeżywałam. Za to nie zamurowało jednej pani, która odparowała równo pilotce zagrażając złożeniem skargi na koszmarną organizację. Wycieczka jednym słowem zaczęła się mocno niesympatycznie. Na szczęście w autobusie wiozącym nas do hotelu dowiedzieliśmy się, że nasza grupa będzie miała inną pilotkę, która czeka na nas w hotelu. Uff lepiej nie mogliśmy trafić ponieważ to była najwspanialsza pilotka jaką mogliśmy sobie wymarzyć. W hotelu w którym zatrzymaliśmy się mieliśmy spędzić trzy noce. Był to hotel położony na terenie Palestyny i prowadzony przez Palestyńczyków. Rany, co tam było za pyszne jedzenie! Codziennie było inne menu, a jedzenie było nie pod nas, Europejczyków tylko prawdziwe, arabskie. Zaraz na kolacji usłyszeliśmy od jednej pani co się opłaca kupić w Izraelu, a co nie. Po chwili już nam się nie chciało słuchać tego, jarmarcznego pytlowania i stwierdziliśmy, że następnym razem siadamy z innym towarzystwem. Oooj ta pani miała nam i innym wycieczkowiczom dać nieźle w kość.

Wycieczka jak się okazało miała mocno napięty harmonogram i codziennie trzeba było wstawać o 6-7 godzinie rano. Na pierwszy rzut poszła Jerozolima i Betlejem. Tego dnia zdaliśmy sobie sprawę z tego, że coś jest nie tak z tą wycieczką. O ile podobał nam się przewodnik polskiego pochodzenia, który bezceremonialnie zwracał się do grupy: „bo Wy Katolicy to i tamto” co strasznie nas rozmieszało widząc jakie to wywołuje oburzenie u niektórych osób, to przebiegnięcie truchtem po część handlową Jerozolimy już nie było fajne.

Idiotyczne było dla nas chodzenie od stacji do stacji przy których kilka pań koniecznie musiało uklęknąć i pomodlić się zabierając tym samym czas reszcie grupy i np. oglądanie wykonanego przez dwóch Polaków bursztynowego ołtarza.

Biegnąc dalej i przechodząc przez jakieś dziwne przejścia wyszliśmy w końcu na plac przy Bazylice Świętego Grobu.

Co tam się działo to mózg staje – dzikie tłumy ludzi z całego świata, a jaki lans tam odchodził….Rosjanki biły wszystkich na głowę.

Plac przed Bazyliką to był pikuś do tego co się działo w środku. Wewnątrz Bazyliki okazało się, że musimy stanąć w ogromnej kolejce żeby wejść do klaustrofobicznej kapliczki. Stanęliśmy w tej kolejce i tak stojąc, rozglądając się dookoła i robiąc zdjęcia Pan B. nagle dał mi buziaka – takie zwykłe cmoknięcie. To wystarczyło żeby na nas wsiadł przewodnik przechodzącej akurat wycieczki. Zaczął się na nas drzeć, że to dom boży i nie wolno tu takich bezeceństw wyprawiać. Poczuliśmy się jakbyśmy stali nadzy i jakieś porno tam odstawiali. Pan B. próbował dyskutować mówiąc, że to dom miłości bożej, a miłość to okazywanie sobie czułości i oddania. Nie i koniec! W tym momencie wszystkiego nam się odechciało – zwłaszcza tej wielkiej kolejki i wciskania się do klaustrofobicznego pomieszczenia. Postanowiliśmy odłączyć się i pozwiedzać bazylikę na własną rękę. W ten sposób dotarliśmy do miejsc w których grupa ze względu na brak czasu nie była. Zeszliśmy np. do niesamowitych podziemi – generalnie bazylika jest niesamowita i jednocześnie bardzo dziwna. Niby miejsce święte a harmider jak na rynku.

Po zwiedzaniu bazyliki dostaliśmy chwilę dla siebie czyli pilotka zaprowadziła nas w miejsce w którym można było zjeść i zrobić jakieś zakupy. Śmiesznie było bo część osób dała się namówić na posiłek w jednym barze w którym właściciel kazał im usiąść przy jednym, wielkim stole. Tym co chcieli usiąść przy osobnych stolikach na to nie pozwolił! A my na przekór poszliśmy sobie obok. Ceny – kosmiczne! Przechodząc wcześniej przez część targową Jerozolimy zapytaliśmy o cenę wyciskarki do soków i od razu odechciało nam się zakupów. 100 dolców to trochę za dużo i nawet jakby zszedł do 50 to nadal byłoby za drogo.

Z Jerozolimy pomknęliśmy z powrotem do Betlejem gdzie mieliśmy odwiedzić sklepik z pamiątkami w którym zostaliśmy poczęstowani przepyszną, arabską herbatą, a następnie pojechaliśmy oglądać Bazylikę Narodzenia Pańskiego. Samo Betlejem to inny świat – taki typowy, arabski. Syf na ulicach, rozwalone chodniki, samochody osobowe w których kobieta siedzi na przednim miejscu z dzieckiem na kolanach, a na tylnym cztery osoby, no i przyglądanie się nam – białym turystom. Wcześniej od przewodnika usłyszeliśmy, że w Betlejem jest niebezpiecznie i najlepiej wieczorem chodzić grupami. Sama bazylika to mega rozczarowanie – jest zwyczajnie brzydka i nieciekawa. W środku wszyscy musieliśmy stanąć w wielkiej kolejce. Tutaj przynajmniej panowała cisza ale tylko dlatego, że wszyscy byli pilnowani przez zakonników, którzy co chwilę uciszali towarzystwo. W pewnej chwili zorientowaliśmy się, że nasza grupa jest trochę z przodu a nas wchłania i wypycha do tyłu grupa stojących za nami Chorwatów. To było jak walka o ogień! Zrobiło mi się duszno i stwierdziłam, że jak zaraz stamtąd nie wyjdę to zemdleję, a w tym tłoku to nikt by na mnie nie zwrócił uwagi. Postanowiliśmy nie pchać się dalej skoro i tak nas nie interesuje dziura w podłodze. Od jednej pary z którą się zaznajomiliśmy dowiedzieliśmy się, że doszli do Groty Narodzenia, ale nie dali rady zajrzeć pod ołtarz ponieważ osoby które tam się już dostały siedziały do oporu. Masakra! Powinni tam jakiegoś porządkowego ustawić. Następnego dnia wyruszaliśmy nad Morze Martwe. Kolejny raz mogliśmy przyjrzeć się murom i strażnicom okalającym Betlejem. Wyglądało to strasznie. Normalnie jak więzienie. Wtedy zrobiło mi się żal Palestyny – wtedy bo teraz już myślę inaczej.

Zanim dotarliśmy nad Morze Martwe zaliczyliśmy jeszcze kilka punktów.

Pierwszym było starożytne miasto Jerycho czyli góra piachu i kamieni. Za tę przyjemność trzeba było zapłacić ekstra. Żałowałam potem, że nie posłuchałam mojej, byłej szefowej, która mi powiedziała, że tam nic nie ma. Za to śmiesznie było posłuchać o pewnym klasztorze do którego podjeżdżała kolejka linowa. Wcześniej ten klasztor był w programie wycieczki ale zarządzał nim strasznie sfochowany zakonnik, który bardzo często nie wpuszczał do środka turystów. Tak więc biuro zrezygnowało z tej przyjemności.

Z Jerycho popędziliśmy do niesamowitej twierdzy Masada. To był jeden z najlepszych punktów tej wycieczki.

 

Po Masadzie czekał nas jeszcze jeden punkt czyli Qumran, miejsce odkrycia rękopisów Esseńczyków. Niesamowite miejsce do którego chciałabym jeszcze wrócić.

A na koniec wylądowaliśmy nad Morzem Martwym. Tyle sobie obiecywałam po tym miejscu. Tu miałam odejść od mojej zasady nie wchodzenia do wody i…..kicha. Przyjechaliśmy do miejsca w którym była wielka plaża z całym kompleksem rozrywkowym – za wejście oczywiście trzeba było zapłacić. Przebrałam się w kostium kąpielowy i zaraz padłam trupem na widok plaży i morza. To nie było morze to była jakaś, syfiasta glinianka. To nie było to co widziałam na zdjęciach! Nie wiem gdzie robią zdjęcia do tych wszystkich folderów, ale na pewno nie w tym miejscu w którym my byliśmy i jeszcze pytanie ile photoshopa wkładają w te zdjęcia. Na plaży nie dość, że było pełno śmieci to do tego nad wodą siedziała masa młodych Palestyńczyków wpatrujących się w roznegliżowane kobiety. To mnie skutecznie zniechęciło do paradowania w kostiumie i wejścia do syfiastej wody. Za to Pan B. wszedł do wody i prezentował mi swoje umiejętności unoszenia się na wodzie. Wiele osób – m.in. Pan B. nacierało się także syfiastym błotkiem i potem pół autobusu waliło specyficznym zapaszkiem. Fakt faktem Pan B. miał potem skórę jak pupa niemowlaka, a i kosmetyki z solą które przywieźliśmy z Jordanii były jednymi z najlepszych kosmetyków jakie używałam.

To był nasz ostatni nocleg w Jerozolimie następnego dnia wyruszaliśmy na podbój wszystkich kościołów w Izraelu…ale o tym w następnym poście.

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s