U szwedzkiej położnej część I.

Pewnie jesteście ciekawi (albo i nie) jak to jest z tą moją ciążą. Jak dotąd nie zmieniłam zdania i nie zamierzam bawić się w parentingowy szajs, ale….mogę co nie co opowiedzieć o tym, jak w Szwecji wygląda opieka położnicza.

Zacznijmy od początku. Pewnego dnia zaczynamy podejrzewać, że jesteśmy w ciąży. Robimy sobie test który potwierdza nasze przypuszczenia i umawiamy się do ginekologa. Nie wiem jak to wygląda w Polsce ale tutaj lepiej odczekać zanim wybierzemy się do ginekologa. Dlaczego? Ponieważ lekarz musi stwierdzić, że na pewno wszystko gra zanim pokieruje nas dalej. Ginekolog robi nam usg, stwierdza ciążę, drukuje fotę na pamiątkę i na tym kończy się jego rola. Tak, ponieważ w Szwecji ciążę prowadzi położna, a ginekolog jest od zadań specjalnych. Tak więc po wyjściu od ginekologa trzeba sobie poszukać przychodni położniczej i zacząć zastanawiać się nad szpitalem w którym chce się rodzić.

Takich przychodni w Sztokholmie jest całe mnóstwo. Ja słyszałam wiele dobrego o przychodni Mama Mia, która w Sztokholmie ma kilka oddziałów i to właśnie w niej zaklepaliśmy termin wizyty.

Moją położną została starsza pani – Finka. Na dzień dobry zrobiła mi badanie krwi na cukier, żelazo, choroby weneryczne, żółtaczkę, HIV i oznaczenie grupy krwi. Do tego proste badanie moczu. Otrzymałam również dwa pojemniki na mocz które mogę przynieść do kliniki gdyby coś się działo. Zostałam zważona, zmierzono mi ciśnienie i wręczono książeczkę o ciąży i dziecku.

Położna umówiła mnie za około dwa miesiące na badanie prenatalne i wizytę u siebie. Powiedziała mi również co powinnam jeść, na co zwracać uwagę i jakie ćwiczenia wykonywać. Nie zrobiła mi morfologii, badań na toxoplazmozę i cytomegalię.

W październiku mieliśmy zaplanowane badanie prenatalne. To badanie robiła już inna osoba. Wszystko wyszło ok. Na USG tak jak zresztą do gabinetu położnej Pan B. wszedł ze mną – tutaj w każdym gabinecie są dwa krzesła. To mi się podoba. Partner jest wszędzie obecny. Samo USG bardzo przyjemne, tym bardziej, że mogłam zobaczyć swoje dziecko na ekranie który wisiał na wprost leżanki, a nie wykręcać się do machiny obsługiwanej przez kobietę od USG.

Kolejne badanie USG miało nam ujawnić czy będzie to chłopczyk czy dziewczynka. Niestety przy okazji okazało się, że mam całkiem sporego mięśniaka i powinien go obejrzeć ginekolog. Mięśniaki jak wiadomo są różne i różnie rosną. Są takie, które rosną do środka macicy i mogą zabierać miejsce dziecku. I tutaj zaczęły się schody. Do ginekologa można się samodzielnie rejestrować do 20 tygodnia ciąży. Po 20 tygodniu to położna decyduje czy jest konieczna wizyta u lekarza. Tak więc przy rejestracji do ginekologa najlepiej zataić fakt, że jest się w ciąży. Taka złota myśl po tym jak od położnej usłyszałam, że mięśniaki to hormony i że sam mi zniknie więc nie potrzebuję wizyty u ginekologa. Na nasze pytanie o badania na toxoplazmozę usłyszeliśmy, że mam nie sprzątać Cześka kup, a jeżeli przechodziłam tę chorobę to już i tak jest bez znaczenia – no witki mi opadły. Na szczęście za kilka tygodni miałam lecieć do Polski więc od razu umówiłam się na wizytę w dużej klinice w Gdańsku. I na tym w zasadzie mogłabym zakończyć część I. W części II opowiem Wam jak to wygląda z cesarką w Szwecji, ale to dopiero w grudniu po wizycie u położnej w szpitalu w którym mam rodzić.

Wspomnę Wam za to o wizycie u polskiego ginekologa. Niestety lekarz do którego chodziłam przed wyjazdem miał akurat urlop więc umówiłam się do bardzo znanej w Trójmieście i nie tylko kliniki ginekologicznej. Nigdy nie byłam prywatnie u ginekologa i prawdę mówiąc oczekiwałam czegoś innego. Wiadomo jak państwowo to człowieka traktują przedmiotowo tak więc myślałam, że prywatnie to jakoś inaczej wygląda. Fakt, nie czekałam na lekarkę – weszłam o czasie. Na dzień dobry zapytałam czy na USG może wejść moja Mama. Pani doktor ze skrzywieniem odpowiedziała mi, no że tu jest mało miejsca (faktycznie nie było dodatkowego krzesła dla osoby towarzyszącej) ale widząc moją minę powiedziała, ze jak bardzo chcemy to Mama może wejść. No kurczę, razem z badaniami krwi wydałam 400 zł więc chyba mam prawo do zabrania osoby towarzyszącej? A ojcowie nie wchodzą na wizytę? Badanie wyglądało tak, że zostałam puknięta w brzuch i wsunięto mi na sekundę wziernik. Nawet pięć minut to nie trwało. Przy USG moja Mama nie dowiedziała się gdzie jest głowa, rączki czy nóżki. Lekarka potwierdziła płeć dziecka dała nam trzy, niewyraźne zdjęcia z opisem. Mięśniaka nie zobaczyła ponieważ ciąża była zbyt wysoka. Cała wizyta czyli badanie ginekologiczne i USG trwało niecałe 20 minut – w tym zmieściło się moje siku. Dowiedziałam się tylko, że moja morfologia jest ok i jak dotąd nie przechodziłam toxoplazmozy. Szczerze mówiąc poczułam się trochę nabita w butelkę. Gdybym nie zadawała pytań to chyba niczego bym się nie dowiedziała. Tak więc ze spuszczonym ogonem wróciłam do Szwecji. W Polsce już nigdy nie pójdę do żadnego lekarza (oprócz dentysty).

5 thoughts on “U szwedzkiej położnej część I.

  1. Ach ta sluzba zdrowia, najwidoczniej szwankuje nie tylko w Polsce. Nie mam wprawdzie doswiadczen ciazowo-polozniczych, ale jesli chodzi o wiekszosc innych specjalistow, to witki opadaja, rowniez w Niemczech, gdzie obecnie mieszkam.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s