Poród w Szwecji czyli o akcji rodem z amerykańskiego filmu.

„Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach…” ten cytat idealnie pasuje do moich porodowych planów. W końcu u mnie zawsze musi się coś dziać. Ci co przeczytali mój post o prowadzeniu ciąży zajrzyj tutaj  wiedzą, że na początku marca miałam ustalony termin cesarki.

Szesnastego lutego postanowiliśmy z Panem B. zrobić sobie wieczór filmowy. Akurat było to zaraz po tym jak wypuściłam tekst o starych babsztylach które seksualnie wykorzystują młodych uchodźców. Wcześniej słyszałam o pewnej serii austriackich filmów z których jeden – „Miłość” poruszał ten sam temat czyli starych bab i młodych chłopaków z krajów trzeciego świata. Ten właśnie film puściliśmy sobie tego wieczoru. Gdzieś tak w połowie filmu, skądinąd obrzydliwego i strasznie walącego po głowie poczułam, że mój pęcherz chyba już kompletnie przestał działać. Po któreś tam wycieczce do toalety zaczęła mi przyświecać myśl czy to nie czasami wody płodowe. Z Panem B. stwierdziliśmy jednak, że to mój słabo działający pęcherz już kompletnie odmówił współpracy. Druga sprawa, to przecież wody płodowe w większości przypadków odchodzą jak już są bóle. Druga sprawa to z reguły pierwsze dzieci rodzą się albo w terminie albo po, więc to na bank są siki. Tak uspokojona położyłam się spać. O czwartej nad ranem obudził mnie ból brzucha. Pomyślałam sobie, że znowu się czymś przytrułam. Leżałam tak z pół godziny aż zaczęło mnie tak boleć, że popędziłam do toalety gdzie faktycznie poszło co trzeba. Niestety po powrocie do łóżka brzuch zaczął jeszcze bardziej boleć, a przy kolejnej wizycie w toalecie odkryłam że leci ze mnie woda zabarwiona na czerwono. Taaa to jednak nie były siki. Zaczęłam wrzeszczeć że coś jest nie tak i żeby dzwonić do szpitala. Pan B. szybko zadzwonił i od piguły dowiedział się, że mamy zadzwonić za dwie godziny. Fantastycznie! Kazałam Panu B. iść spać, a sama usiadłam w salonie na sofie i zaczęłam czekać do tej cholernej siódmej. Już wiedziałam, że moje plany poszły się walić. Nie zrobimy już planowanych sesji brzuszkowych, nie pójdę do muzeum i nie spotkam się z koleżanką na kawie. A najgorsze było to co będzie z moją planowaną cesarką! Ze złości aż zębami zgrzytałam. Siedziałam tak na tej cholernej sofie, przysypiając na siedząco pomiędzy skurczami. Wybiła siódma – odczekałam pięć minut i zaczęłam się drzeć na biednego Pana B. dlaczego jeszcze nie dzwoni do szpitala. Pan B. zadzwonił i usłyszał, że mamy się zbierać i przyjeżdżać do szpitala. Super! A ja nawet torby do szpitala nie spakowałam – a taka jestem zawsze zorganizowana. Teraz rycząc i ściskając się za brzuch pakowałam w tempie ekspresowym walizkę do szpitala. Na szczęście to była sobota więc do szpitala dojechaliśmy ekspresowo. Pod szpitalem zaczęliśmy chodzić od wejścia do wejścia bo oczywiście nie można normalnie oznaczyć tylnego wejścia. Do tego jakiś doktorek wprowadził nas w błąd i stojąc pod złym wejściem nagle poczułam, że coś mi chlusnęło między nogami. Taa poczułam się jak bohaterka amerykańskich filmów, której spektakularnie odeszły wody płodowe. Tylko dlaczego przed wejściem do szpitala na kilkustopniowym mrozie? To było najgorsze co mogło mi się przydarzyć – stanie na mrozie z mokrą dupą.

W końcu dotarliśmy na izbę przyjęć gdzie zaraz zajęła się mną pielęgniarka. Dała mi szpitalne, siatkowe gatki i wielką podpasko-pieluchę, podłączyła pod ktg i pobiegła na oddział załatwiać sprawy. Piguła od razu wiedziała, że mam obiecaną cesarkę – bo oczywiście byłam na tyle przytomna żeby nonstop dopytywać się o cesarkę. Po kilkunastu minutach przyszła po nas i zabrała nas na oddział. Na oddziale zaprowadziła nas do naszego pokoju w którym na chwilę zapomniałam, że coś mnie boli. To nie był pokój – to był wielki salon z dużą łazienką. Tutaj kazała mi się przebrać w szpitalne ubrania, podłączyła znowu do ktg i dała coś na ból co chyba działało przez pięć minut. Powiedziała nam, że musimy chwilę poczekać ponieważ właśnie operowana jest inna ciężarna i nie wie czy potrwa to godzinę czy dwie. Po kilkunastu minutach przyszła do nas lekarz, która miała mnie ciąć, a zaraz po niej lekarz anestezjolog. Obydwoje wyjaśnili mi co się będzie działo na sali operacyjnej i ile to wszystko potrwa. Na operację czekałam ponad godzinę i to była najgorsza godzina w moim życiu. Bolało mnie jak cholera, a wiedziałam, że to jest dopiero przedsmak tego co jest dalej. Skurcze były coraz mocniejsze i coraz częściej. Te cholerne ktg mnie wnerwiało mnie na maksa ponieważ musiałam leżeć na plecach a miałam ochotę usiąść. Na szczęście w końcu szczęśliwie dojechałam na salę operacyjną. Na sali musiałam jeszcze trochę pocierpieć ponieważ, anestezjolog musiał się wkłuć pomiędzy skurczami, a potem…znieczulenie nie chciało zadziałać. Kiedy w końcu zadziałało nie było to tak jak być powinno. Została opcja narkozy ale zdecydowałam, że chcę być przytomna – najwyżej będę czuła coś więcej. Nie było to najprzyjemniejsze nawet miejscami trochę bolesne tak, że się trochę poryczałam. Pomiędzy skurczami zdążyłam też zarejestrować, że ściągają mi majtki i nie powiem żeby mnie to zachwyciło. Nawet miałam się już odezwać, że dlaczego do operacji brzucha pozbawiają mnie dolnej części garderoby. No jak tak bez majtek i do tego jacyś obcy faceci mnie oglądają – a ludziów to trochę było na tej sali operacyjnej.

Mała wyszła z brzucha z wrzaskiem na ustach. Od razu Pan B., a potem i ja dostaliśmy ją na ręce. Widziałam przecięcie pępowiny, a Pan B. ważenie, mierzenie itd. Dziecko cały czas było z nami. Trochę mnie cofnęło, że takie ufajdane śluzem ale w Szwecji jest zasada pt. jak się wysuszy to się wykruszy i dziecka nie kąpie się po urodzeniu i przez najbliższy tydzień, a nawet i dłużej. Niestety to nie był koniec. Po wyciągnięciu Małej okazało się, że mój mięśniak jest całkiem spory więc musiałam sobie poleżeć jeszcze na stole i poczekać na chirurga. Przy okazji dowiedziałam się, że mam ich jeszcze kilka. A to co myśleliśmy, że jest rączką albo nóżką było mięśniakiem. Wszystko jednak poszło super, a personel…..to uwielbiam w szwedzkiej służbie zdrowia – wszyscy są mili i uprzejmi. Anestezjolog jak tylko dowiedział się, że jesteśmy z Polski pochwalił się, że zna kilka słówek polskich (piwo) i że zwiedził kilka polskich miast, a asystująca pielęgniarka zaśpiewała nam polską kołysankę o kotkach której nauczyła się od polskiej koleżanki z dzieciństwa. Wyobrażacie sobie coś takiego w polskim szpitalu? I to z ubezpieczenia?

A nas przewieziono z powrotem do wypasionej sali w której zajęły się mną już dwie inne pielęgniarki. Jedna z nich zapytała czy chcemy coś zjeść i jaką kawę pijemy. I dostaliśmy taki posiłek, że kapcie nam spadły ze stóp. Nawet mleko bez laktozy było do kawy! No i po operacji brzucha kanapki???

Niestety ten wypasiony pokój był tylko na chwilę. Gdzieś po półgodziny zostałam zawieziona na inny oddział. Niestety nie dopytałam czy na tym oddziale leżą tylko cesarki czy naturalne też. Wydaje mi się, że tylko dla cesarek ponieważ na przeciwko był inny oddział gdzie też słychać było dzieci i kręciły się kobiety z widocznymi brzuchami. A jak już jesteśmy przy brzuchach to pierwsze co sprawdziłam to był mój brzuch. Najpierw się ucieszyłam bo leżąc na stole operacyjnym brzuch był prawie płaski, ale niestety potem kiedy już wstałam ten brzuch nadal wyglądał jakbym była w szóstym miesiącu ciąży! Od razu mi się nasunęło pytanie. Co robią celebrytki, że po dwóch tygodniach mają płaski brzuch? Bo ja nie wierzyłam w to, że ten bebzol zniknie mi w ciągu dwóch tygodni. A kiedyś myślałam, że dziecko wyjmują z brzucha i brzuch od razu jest płaski….

Na nogi wstałam gdzieś po dwóch godzinach od operacji. Wstałam bo musiałam zmienić łóżko. Bolało bo już znieczulenie puszczało, ale dałam radę. Zresztą zaraz dostałam tabletki przeciwbólowe, a kiedy ból nie chciał ustąpić dostałam dodatkowe, mocniejsze. To też było super ponieważ pielęgniarki mi powiedziały, że jak tylko poczuję, że mnie mocniej boli to mam je zawołać i od razu dostanę ekstra środek przeciwbólowy.

Pokój jaki dostaliśmy był tylko dla mnie i Pana B. Dla Pana B. było oddzielne łóżko.

Zaraz po przywiezieniu mnie na drugi oddział pielęgniarka zapytała się czy mamy jakieś preferencje żywieniowe typu wegetarianizm i po chwili przyniosła nam posiłek. Objaśniła nas od razu, że posiłki są wydawane obok w sali jadalnej i żeby pamiętać o porze posiłków.

Z posiłkami wyglądało to tak, że rano było śniadanie w formie kanapek które trzeba było sobie samemu zrobić. Następnie były pod rząd dwa ciepłe posiłki i na kolację znowu samodzielne kanapki. Jeżeli ktoś miał ochotę to mógł sobie zrobić płatki. Cały dzień do dyspozycji były termosy z ciepłą wodą i można było sobie zrobić kawę, herbatę, czekoladę albo i gorący kubek. Do dyspozycji była też wielka lodówka w której można było przechowywać swoje rzeczy. Tak naprawdę rzeczy kanapkowe (pieczywo, żółty ser, masło, pasztet, pasty kanapkowe, dżemy) były dostępne cały dzień. Dzięki pobytowi w szpitalu spróbowałam w końcu słynnej szwedzkiej kiełbasy czyli falukorv i chleba, który stał się moim, ulubionym chlebem (przypomina mi trochę pumpernikiel).

Sala jadalna była też salą w której można było przyjmować gości.

Aczkolwiek milej widziane było przyjmowanie ich poza oddziałem w miejscu które również było całkiem sympatyczne. Szczerze mówiąc ja jestem przeciwniczką gości na oddziale poporodowym. Raz, że odwiedzający przynoszą zarazki, a dwa że położnice nie czują się dobrze i nie wyglądają na tyle kwitnąco żeby pokazywać się tabunom obcych ludzi. A odwiedziny w sali kilkuosobowej w której leży jeszcze inna matka? Dla mnie to brak wyobraźni.

Żeby było jeszcze fajniej dostaliśmy torbę z prezentami dla Małej. Były w niej pieluszki, maskotka, rzeczy do pielęgnacji, czapeczka itd.

W pokoju mieliśmy do dyspozycji ubranka szpitalne, środki do pielęgnacji i pieluchy. Jeżeli coś się kończyło to na korytarzu stała wielka szafa z wszystkim i mogliśmy sobie brać wszystko czego potrzebowaliśmy.

Następnego dnia po porodzie usunięto mi cewnik, a po dwóch dniach mieliśmy wizytę u pediatry. Właściwie tego dnia mieliśmy wyjść już ze szpitala ale problemy z karmieniem i nacisk położnej na jeszcze jedną wizytę u pediatry zatrzymały nas o dzień dłużej. W zasadzie to chcieli nas jeszcze przetrzymać, ale mieliśmy już dosyć tego hałasu. Wszystko fajnie ale mieliśmy już dość tego zainteresowania. Każda zmiana przychodziła się przywitać z nami. Co jakiś czas ktoś zaglądał i pytał czy wszystko jest ok. Na początku byłam tym zachwycona ale po trzech dniach byłam zwyczajnie zmęczona. Tych pielęgniarek była jakaś niesamowita ilość. Męczyły mnie, a potem już wkurzały pytania o karmienie piersią. Wnerwiło mnie to, że zamiast mnie męczyć nie dały nam od razu laktatora, a potem mleka modyfikowanego. Tak wiem, że one są od tego żeby nauczyć przystawiać dziecko ale kuźwa co robić jak mleko nie idzie a dziecko jest głodne?

 

Na koniec dodam, że w Szwecji za każdy dzień pobytu na oddziale położniczym płaci się 100 koron, a partner płaci 350. Nie ogarniam do końca szwedzkiego systemu zdrowotnego ale fakt faktem są to grosze, a jak widać warunki takie jak w polskim prywatnym szpitalu.

I jeszcze jedno na koniec. Nie w każdym szwedzkim szpitalu są takie super warunki. W tej chwili wiele oddziałów położniczych zostało pozamykanych w ramach oszczędności, ale to już inny temat.

2 uwagi do wpisu “Poród w Szwecji czyli o akcji rodem z amerykańskiego filmu.

  1. Moja żona pracuje na porodówce w Rejkiawiku i również byłem w szoku, kiedy zobaczyłem te warunki. Na Islandii chyba jednak większy nacisk kładą na naturalne porody, a do tego rzadko przy porodzie jest lekarz. Porodówka jest królestwem położnych. Pozdrawiam.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s