Migawki październikowe czyli gdzie się szwendaliśmy po świecie.

No i mamy tzw. lipcopad. Znacie to określenie na listopad? Lipcopad jest dla tych którzy mogą sobie pomarzyć o urlopie w lipcu czyli dla singli (tak, single są dyskryminowane jeżeli chodzi o urlopy) albo dla takich co w okresie letnim mają wariactwo w pracy. O lipcopadzie usłyszałam kiedy pracowałam w szkole zaocznej – może macie ochotę poczytać o tym jak szkoły zaoczne wyciągają kasę z miasta (nasze podatki)?

Jeżeli czytaliście moją relację z września to wiecie, że na październik mieliśmy zaplanowane dwa wyjazdy. Bałam się trochę tych wyjazdów. Godzina lotu do Polski to pikuś w porównaniu do czterech godzin lotu do Madrytu. Daliśmy radę – i tak, da się podróżować z małym dzieckiem.

Madryt nie był naszą pierwszą wyprawą w październiku. Postanowiliśmy, że na pierwszy rzut weźmiemy Budapeszt. Dwie godziny lotu czyli o godzinę dłużej niż do Gdańska, do tego swojskie klimaty, normalna woda w kranie, ceny „polskie”, służba zdrowia na podobnym poziomie co w Polsce więc jakby coś się stało to będzie ok. Wszystko było ok – no oprócz kilku rzeczy na które byśmy nawet nie zwrócili wcześniej uwagi. Przy dziecku zaczyna działać przysłowie że „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. O Wszystkim będzie w osobnych postach.

A tak w skrócie to w końcu (w Budapeszcie byłam czwarty raz) udało mi się zwiedzić kościół św. Macieja. Zobaczyliśmy Bazylikę św. Stefana (jakoś dziwnie ją pominęliśmy poprzednim razem), przeszliśmy przez teren Zamku (poprzednim razem był tam jakiś zamknięty festyn), a ja sobie zrobiłam zdjęcie pod pomnikiem Sisi. Budapeszt uwielbiamy, a że jeszcze mamy masę miejsc do zobaczenia w tym mieście więc na bank do niego wrócimy.

Drugą destynacją był wspomniany przeze mnie Madryt. Wyprawa trochę hardcorowa bo nie dość, że 4 godziny lotu to pory wylotów koszmarne. Dzidziunia wszystko zniosła bez mrugnięcia okiem i zasłużyła na medal prawdziwej podróżniczki. Sam Madryt oczarował nas przepiękną architekturą (Barcelona pod tym względem się chowa) ale niestety zostaliśmy naciągnięci przez pracownika hostelu w którym spaliśmy i teraz mamy lekki uraz. O wszystkim będzie w osobnych postach.

Październik obfitował też w spotkania towarzyskie. W Madrycie spotkałam się z dziewczyną, którą znam tylko online z fejsa i z pewnego klubiku który dawno temu opuściłam. Mega fajna dziewczyna, która zadzwoniła kiedyś do knajpki w Barcelonie żeby wyciągnąć dla mnie przepis na sałatkę. Podejrzewałam trochę, że chce sprawdzić na żywo czy jestem taka straszna jak mnie malują w necie. Jeżeli tak było to Olga się rozczarowała bo byłam miła i grzeczna za to Pan B. nadrabiał za mnie w prztykach m.in. pod adresem klubiku. 

A poza tym spotykamy się często z Angeliką i Filipem (teraz jeszcze z Ignacym), których poznałam przez to moje pisanie i fotografowanie. Zdjęć nie pokażę bo Angelika tak jak ja jest przeciwniczką pokazywania zdjęć dzieci.

Dzięki Angelice odkryłam, że takie wspólne wózkowanie to całkiem fajna sprawa.

Jeżeli chodzi o samą Dzidziunię to już jest tak duża, że musieliśmy przejść na „większy” wózek. Łazimy po różnych chaszczach i któryś raz z kolei stwierdziłam, że z małym dzieckiem u boku już nie jestem taka odważna jak kiedyś. Któregoś razu postanowiłam zobaczyć mały cmentarzyk koło stacji Sandsborg. Więcej tam nie pójdę a na pewno nie sama.

Dzidziunia chowa nam się pięknie aż miło popatrzeć. Ma już cztery ząbki i kolejne dwa wychodzą. Jest niezłym pulpetem i sporym leniuszkiem co skutkuje tym, że ciężko jej się samej siedzi. Na początku października mieliśmy bilans na którym pielęgniarka stwierdziła, że Freja powinna już siedzieć i że w związku z tym proponuje nam kolejną na koniec miesiąca wizytę żeby sprawdzić czy Freja już siedzi! Oczywiście Freja jeszcze nie siedzi, a z tej drugiej wizyty wyszliśmy wściekli z postanowieniem, że chodzimy wyłącznie na bilanse. O tym co się na tej wizycie wydarzyło i jak wyglądają tutaj takie wizyty w przychodni dla zdrowego dziecka napiszę w osobnym poście.

Niektórzy z Was zaglądają na fp Czesława. Pewnie zauważyliście, że od jakiegoś czasu nic nowego tam nie ma. Spokojnie, Czesław ma się dobrze i nawet planuje jakiś pościk. Niestety jest tak zajęty opróżnianiem miski że brakuje mu czasu na prowadzenie swojego fp. A tak serio to nie wyrabiam się z czasem i nie daję rady prowadzić bloga i dwóch fp. Przez jakiś czas miałam przebłyski na prowadzenie instagrama ale jednak nie daję rady. Musiałam zastanowić się co ważniejsze – wyszło, że blog i fotografowanie. Teraz na pierwszym miejscu jest Dzidziunia a nie pitolenie o dupie Maryni na instagramie.

A Czesław próbuje ustawić Małą na końcu naszego stada wyciągając przy tym jak najwięcej dla siebie korzyści. Spija wodę z miseczki do przewijania Dziuni, ogląda bajkę o Filemonie i Bonifacym (pierwsze zdjęcie). Dostarcza nam również atrakcji typu robienie sobie dredów na grzbiecie (na drugim zdjęciu po wycięciu dredów). W skrócie mocno walczy o nasze zainteresowanie.

To by było na tyle w migawkach październikowych. Co planujemy w listopadzie? Ostatni w tym roku wypad do Polski, sesje zdjęciowe, pępkowe Ignasia i spotkania kawkowe z Ciotkami no i oczywiście jakieś wredne posty.

4 uwagi do wpisu “Migawki październikowe czyli gdzie się szwendaliśmy po świecie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s