Pitolenie o dupie Maryni

Koszmarny koniec roku.

Czy Wy też macie tak, że koniec roku jest dla Was jakimś koszmarem?  Dla mnie jest, bo co roku jestem chora, umęczona pracą, nawracaniem mnie na jasną stronę wiary i zdegustowana świątecznym i sylwestrowym wariactwem dookoła. W tym roku jest podobnie. Chora już byłam, pracą co prawda nie jestem umęczona. Jestem przeszczęśliwa, że już nie muszę brać udziału w wariactwie produkowania nowych umów i udawania zaangażowanej (bo tak naprawdę g… mnie to obchodziło). Też tak macie w swoich firmach, że musicie udawać sraczkę żeby nie dostać ochrzanu? Jakby nie można tego wszystkiego robić na spokojnie. Hmm, a może o to chodzi, żeby wszyscy wiedzieli jak to Wasza kierowniczka jest zapracowana. Tak ściemnia, że pół dnia siedzi w necie albo nawiguje męża przez telefon. Od razu poprawił mi się humor, że już nie muszę tam być.

Koniec roku jakoś tak przygniata i sprawia, że ma się czarne myśli. Nie wiem, być może to przez to, że jest ciągle ciemno i mało słońca. Tutaj w Szwecji jest to jeszcze bardziej odczuwalne bo słońce zachodzi szybciej. Dołujące jest również to, że dzieciaki w polskiej szkole nie za bardzo chcą się uczyć. Kiedyś myślałam, że stawianie jedynek to sama przyjemność. Hmm być może dla nauczycieli-sadystów. Mnie to nie sprawia przyjemności, a niestety musiałam postawić kilka jedynek na koniec semestru. Nie było też miłe, że na lekcje nie przyszła połowa klasy, bo z historii test, a z polskiego dyktando. Jakimś promykiem w tym wszystkim było szczęście dziewczynki, której podwyższyłam ocenę, a która z radości powiedziała mi, że mnie kocha (jakby dostała dopuszczającą to by mnie nienawidziła) i musiała szybko zadzwonić do swojej mamy, no i radość chłopca który dostał szóstkę. Z drugiej strony było dziecko na którym rodzice wymuszają bardzo dobre oceny i które pomimo dobrej oceny spędzi ferie świąteczne na nauce. Żal mi tych dzieciaków, bo naprawdę mają ciężko. Z drugiej strony jak pamiętam, mi też przed feriami już się nic nie chciało.

Ostatnie zajęcia w szkole szwedzkiej też nie były radosne. Najpierw o mało nie rozjechał mnie rowerzysta. Musiałam coś zabrać dla Pana B. i gdy zobaczyłam jego samochód weszłam bez rozglądania się na ścieżkę rowerową. Rowerzysta dosłownie się o mnie otarł. Zatkało mnie ale zaraz odzyskałam głos i zwyzywałam go od idiotów, no i pokazałam palcami co o nim myślę (nie, faka mu nie pokazałam – tylko popukałam się w czoło). Miałam gdzieś czy zrozumie, ale akurat po szwedzku idiota to “idiot”. Cymbał to usłyszał i wykrzyczał, że trzeba się patrzeć. Miał rację, ale jechał tak szybko, że gdyby ktoś akurat otworzył drzwi od samochodu to by wywinął niezłego kozła.
Potem było nie lepiej. Weszłam do klasy, a tam echo. Niestety chyba nasza nauczycielka dalej była chora. Po kilku minutach zjawiła się nauczycielka z tej lepszej grupy i zabrała nas do siebie. Usiadłam koło Włocha, znałam go już trochę i wiedziałam, że jak coś to mi pomoże angielskim. Niestety Włoch tego dnia bujał we włoskich obłokach. Za kilka dni miał lecieć na święta do swojej ojczyzny. Zajęcia oczywiście były o świętach. Zaczęły się od zabawy w bingo. Fantastycznie, tylko ja cymbał nigdy nie grałam w bingo i nie wiem o co chodzi w tej grze! Dostaliśmy zestawy pytań i mieliśmy wyjść na korytarz. Moja koleżanka z Ugandy zlitowała się nade mną i po angielsku wytłumaczyła mi o co chodzi. Podeszłam do tego w ten sposób, że przy okazji poznam ludzi z drugiej grupy i może się trochę przełamię z mówieniem. Oczywiście prawie na każde pytanie odpowiadałam, że nie. Bo nie obchodzę świąt, a na jarmarku świątecznym jeszcze nie byłam. Jakoś to w każdym razie poszło, ale niestety w klasie wymienił mnie Niemiec (cholerny Szwab), że zostaję na święta w Sztokholmie, Akurat zamyśliłam i nie wiedziałam o co chodzi. Wyszło w końcu tak, że nauczycielka zrobiła się czerwona, ja się zrobiłam czerwona, a cała grupa się śmiała. Prawie się popłakałam, bo pomyślałam, że śmieją się ze mnie. Zagryzłam zęby i powstrzymałam łzy. Dalej robiliśmy zadanie polegające na zadawaniu i odpowiadaniu na pytania związane ze świętami. Byłam w grupie z Włochem, Serbem i Bułgarką. Jedno z pytań dotyczyło potraw świątecznych w naszych ojczyznach. Kiedy przyszedł czas na mnie Serb powiedział, że w Polsce pije się wódkę i opowiedział jak to jego polscy koledzy z budowy piją wódę i ile to jej piją. Włoch był zszokowany i dwa razy dopytywał się czy na pewno dobrze zrozumiał, a ja myślałam, że się ze wstydu zapadnę pod ziemię. Na szczęście Włoch zripostował Serba mówiąc, że Polacy na bank nie przebiją w piciu Finów i pokazał na chłopaka z Finlandii.

Urwałam się z tych zajęć. Nie miałam ochoty dalej się błaźnić. Zresztą sporo osób tak się urwało. Niektórzy z nich już następnego dnia wylatywali do swoich krajów. Nie było już tego dnia na zajęciach osób z Australii i większości ze Stanów. Postanowiłam wykorzystać wagary i poszłam do centrum na poszukiwania ładnej kartki świątecznej, no i zadzwoniłam do domu.

Smutno na tej obczyźnie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: