Macedonia

Wyprawa do Północnej Macedonii.

Po ostatniej wyprawie do Macedonii Macedonia z „przebojami”. nie miałam ochoty na powrót do tego kraju. Ok, nie miałam ochoty na szybki powrót, bo to, że wrócimy, było pewne. Nie widzieliśmy nawet połowy tego kraju. Tak więc ja na ten rok bardziej celowałam w Estonię albo w Rumunię. Z planów nic nie wyszło, ponieważ godziny lotów i ceny biletów wybrały za nas. Najpierw była Albania, a potem miała być Macedonia.

W Skopje wylądowaliśmy w nocy i tym razem nie kombinowaliśmy z taksówkami i hotelem w miarę blisko lotniska. Do samego Skopje nie jest daleko, a przy lotnisku baza noclegowa pozostawia wiele to życzenia. Wzięliśmy auto i pojechaliśmy do naszego noclegu, który jak się okazało było w genialnym miejscu, bo tuż obok starej części Skopje. Pierwszy dzień w Skopje przywitał nas deszczem. Super, druga połowa maja, a tu pogoda jak w kwietniu albo we wrześniu. Od razu przypomniał mi się depresyjny pobyt poprzednim razem. Tak więc ten dzień spędziliśmy na obżeraniu się, zakupach i planowaniu kolejnego dnia.

A następnego dnia nie padało i udało nam się zobaczyć większość zabytkowych miejsc w Skopje. W tym mieście byłam trzeci raz i dopiero teraz zobaczyłam, jak wiele ma do zaoferowania pomimo swojej brzydoty. Tak, Skopje jak na razie jest dla mnie najbrzydszą stolicą krajów bałkańskich – oczywiście z tych, co widziałam, a wszystkich jeszcze nie widziałam. Do tego powala ilością meczetów. Nawet w Sarajewie nie ma ich tyle. Oglądałam je wszystkie z zewnątrz, bo nie zakryję głowy, żeby wejść do świątyni. Takie mam zasady i koniec. Żaden religijny fajfus nie będzie mi  w imieniu swojego boga mówił co mam robić i tyczy się to wszystkich religii świata. Za to weszliśmy na teren twierdzy, w której spotkała nas zastanawiająca historia. Gdzieś mi mignęło, że wstęp do twierdzy jest za darmo. Podeszliśmy pod bramę i patrzymy, a tam stoi kilku nastolatków. Podeszli do nas i powiedzieli, że musimy dać dwa euro. Obok stała budka, ale była zamknięta na głucho. Brama otwarta na oścież. Coś nam tu nie pasowało. Powiedziałam po polsku do Błażeja, że to chyba jakiś przekręt. A do wyrostków, że nie mamy euro. Chyba zrozumieli, że nie jesteśmy bogatymi turystami z Niemiec albo UK tylko z jakiegoś biednego sąsiedniego kraju i odeszli. Chodząc potem po twierdzy, zastanawialiśmy się, kogo z innych mijanych obcokrajowców udało im się naciągnąć.

Następnym przystankiem było niewielkie miasto Kumanovo, obok którego znajduje się niesamowite miejsce, czyli Kokino.

Megalityczne obserwatorium astronomiczne i wieża Zebrnjak były naszymi głównymi punktami wycieczki do Macedonii. Wieża, a właściwie jej podstawa, bo tylko tyle zostało po tym pomniku pamięci bohaterskiej walki Serbów z Turkami, była niesamowicie podobna do sardyńskich nuragów, które rok temu zrobiły na nas niesamowite wrażenie.

Samo Kumanovo nie zrobiło na nas wrażenia. Brzydkie i bardzo przygnębiające. Za to Kratovo to już inna bajka. Miasto wybudowane w dawnym kraterze wulkanu. Ze starą zabudową, średniowiecznymi wieżami obronnymi i pięknymi mostami. Do tego fantastyczna restauracja w stylu lat 90 tych z przepysznym jedzeniem.

Przed samym Kratovem zboczyliśmy z drogi, żeby zobaczyć ciekawe „skały” w Kuklicy. Uśmialiśmy się nieźle, ponieważ coś podobnego widzieliśmy w Bułgarii, w której formacje przedstawiają jako dzieło nieznanego ludu. A w Kuklicy jako zaschniętą lawę.

Po drodze było jeszcze stanowisko archeologiczne i to już był koniec zwiedzania. Dwa noclegi w Sztip i Wełes to jedynie obżarstwo macedońską pljeskavicą i jazda autem.

Po intensywnej Albanii daliśmy sobie więcej luzu, tym bardziej że chcieliśmy wykorzystać upał i basen w noclegu, jaki mieliśmy w Wełes. Na koniec mieliśmy jeszcze jeden nocleg w Skopje, a że dotarliśmy w południe do stolicy, to jeszcze mogliśmy nieco połazić po Skopje i zjeść w naszej ulubionej restauracji, która po 7 latach od naszego ostatniego pobytu nadal trzyma poziom.

Na sam koniec spotkała nas trochę przykra niespodzianka i jest to też nauczka na przyszłość, żeby nie zostawiać wysyłania kartek na koniec pobytu. Ostatniego dnia przed wyjazdem poszliśmy na pocztę wysłać kartki. Na ogromnej poczcie zobaczyliśmy ciekawy obrazek.

Panie w okienkach nie zważając na kolejkę osób, gadały sobie przez telefony. Na szczęście jakaś pani powiedziała nam, że jest strajk pocztowców i nie wiadomo kiedy się skończy. Przypomniałam sobie, że punkt pocztowy jest na lotnisku. Faktycznie był, ale…można w nim było płacić wyłącznie gotówką, której my się już pozbyliśmy. Kartki pojechały z nami do Szwecji – przynajmniej jest pewność, że na pewno dotrą do adresatów.

Na koniec jeszcze mieliśmy stres z autem z wypożyczalni. Ci, którzy czytali moją relacją z poprzedniej podróży, wiedzą co nam się przydarzyło, tym razem więc twardo udaliśmy się do punktu zdania kluczy. Akurat pracownik wypożyczalni aut wychodził na przerwę. Wziął od nas klucze i powiedział, że możemy spokojnie iść na samolot. Prawie się zagotowałam i przez najbliższy tydzień myślałam tylko o tym czy znowu nie zrobią nam jakiegoś numeru. Na szczęście po tygodniu okazało się, że wszystko jest ok.

Na koniec przeżyliśmy komedię w samolocie, która tak naprawdę mogła się skończyć tragicznie, bo stawianie w przejściu bagażu oraz wyciąganie go, kiedy samolot dopiero co dotknął kołami ziemi, nie jest mądre. Do tego zostawianie otwartych luków bagażowych po wyciągnięciu swoich, które potem kolejni, wkurzeni pasażerowie zamykają. A wszystko to w trakcie jazdy samolotu. Pierwszy raz widzieliśmy coś takiego, a widzieliśmy już sporo rzeczy.

Macedonia jest ciekawym państwem, innym, bardzo specyficznym z jedną z najlepszych kuchni bałkańskich. 

Państwo bardzo zaniedbane, w którym trzeba uważać pod nogi, żeby gdzieś nie wpaść albo nie wylecieć przez barierkę. Z drugiej strony podobne klimaty są w Bułgarii, która od wielu lat jest w UE.

Po 7 latach zauważyliśmy pewne zmiany, czyli mniej bezdomnych psów na ulicach. Wiele psów chodziło zaczipowanych. Było też mniej śmieci na ulicach i chodnikach. A poza tym bez zmian, czyli brak wegańskich wariacji, flag wszelkiej maści i kopcenie papierosów w miejscach publicznych. Nie można też zapomnieć o nabzdyczonych sprzedawcach. Co też ma swój urok.

Niestety po miesiącu okazało się, że i ten pobyt w Macedonii należał do pechowych. Przywieźliśmy z Macedonii pasożyta. W którymś z noclegów musieliśmy dostać ręczniki, które nie zostały wygotowane w 60 stopniach – być może to siedziało też w pościeli. Teraz wiem, dlaczego wiele osób jeździ ze swoimi ręcznikami i pościelą. 

Paskudztwo wybite, a ja się pocieszam, że na szczęście nie były to pluskwy albo karaluchy.